Z OSTATNIEJ CHWILI

Jaki Święty Mikołaj odwiedzał naszych pradziadków?

Przede wszystkim bogaty i kolorowy, ale bynajmniej nie miał na sobie ubranka dziadka znanego z reklam Coca-Coli. Przedwojenne pocztówki prezentowały świętego w stroju biskupim z pastorałem w ręku lub po prostu w stroju staruszka w długim płaszczu – czasem czerwonym, czasem granatowym, czasem czarnym w gwiazdki. Mikołajowi poświęcano też książki, których zadaniem było nauczenie dzieci grzeczności, bo za dobre zachowanie czekały na nie prezenty.

W wydanej w 1912 roku książeczce zatytułowanej „Święty Mikołaj”, a napisanej przez Tadeusza Pudłowskiego, tytułowy bohater przyjechał saniami zaprzężonymi w renifera. Towarzyszył mu czarnoskóry młodzieniec w turbanie, który dźwigał prezenty dla grzecznych dzieci. Święty przez cały rok zbierał informacje o zachowaniu dzieci. Jak wyglądał? Książeczka informowała, że „jest to starzec jak gołąb siwiuteńki o włosach długich, takiej samej brodzie i wąsach. Na głowie ma szczerozłotą infułę biskupią, w ręku długi złoty pastorał. Odzież jego składa się z bieluteńkiej jak śnieg szaty, przepasanej pasem kosztownym, z płaszcza szkarłatnego, narzuconego na ramiona. Prześlicznie wygląda w tym stroju!”.

W 1920 roku Czesław Kędzierski, czyli autor przedstawiający się dzieciom jako „wujek Czesio”, w książeczce zatytułowanej „Gwiazdka” przedstawił Mikołaja w kożuchu złotym. Co ciekawe święty ma strój do ziemi i z futrzanymi wyłogami oraz rękawice z jednym palcem, ale… towarzyszą mu dwa dość skąpo odziane aniołki. Poza tym, jak zawsze, wręcza prezenty tylko i wyłącznie grzecznym dzieciom. Dla niegrzecznych ma rózgi.

Dziesięć lat później, bo na wydanej w 1930 roku pocztówce Święty jest nowocześniejszy, niż do tej pory się wydawało. Po pierwsze… jedzie na motocyklu po śniegu, na nosie ma prawdziwe motocyklowe gogle. Ma też czerwoną czapkę z biało-szarym futerkiem, ale i błękitny kożuch. Towarzyszy mu… nagusieńki aniołek, który pilnuje wielkiego worka prezentów i tego, by z pędzącego motoru nie spadła zielona choinka.

W 1935 roku, w książeczce anonimowego autora znów zatytułowanej „Święty Mikołaj”, dobroczyńca wszystkich grzecznych dzieci wchodzi przez komin, ma czerwony kożuch i grube rękawice. On, żeby poznać, czy dzieci są grzeczne zagląda im wcześniej do okien. Niegrzecznych chłopców i dziewczynki starannie omija, a ponieważ nigdy nie wiadomo, kiedy przez to okno zajrzy, więc trzeba się mieć na baczności. Tak w ogóle to przyjeżdża saniami, ale jest zupełnie sam, choć jego przyjazd zapowiadają aniołowie. Sanie Mikołaja zaprzężone są w „ślicznego konika”, a sam Mikołaj po rozdaniu prezentów odjeżdża. Dokąd? Oczywiście do nieba.

Na pocztówce wydanej w 1937 roku ma strój ludowy i chodzi pieszo rozdając dzieciom prezenty z wielkiego worka. W zbiorach Biblioteki Narodowej zachował się jej egzemplarz z listem od Basi z Zaklikowa do Krzysia Mazura mieszkającego w Warszawie na ulicy Siedleckiej, a więc na Pradze. Basia dziękuje Krzysiowi za życzenia, pyta go, czy ma choinkę i informuje, że jej jest cała biała i wygląda jakby stała w śniegu.

Cóż… kiedyś to były zimy, a Mikołaj zawsze przychodził brnąc przez śniegi, ale do grzecznych dzieci zawsze znajdował drogę.

Wyszperała: Małgorzata Karolina Piekarska