Z OSTATNIEJ CHWILI

Katarzyna Bosacka

Specjalistka od zdrowej żywności, polska dziennikarka prasowa i telewizyjna, przez kolegów nazywana „Matką Teresą polskiego spożywczaka”. Od lat Katarzyna Bosacka edukuje Polaków, jak zdrowo jeść.

Wychowywała się na 15 piętrze w bloku na warszawskiej Woli. W jej domu panował kult jedzenia. W kuchni, zawsze coś pachniało, bulgotało, gotowało się i piekło. Najciekawsze rzeczy działy się właśnie w tym miejscu.

Katarzyna Bosacka z sentymentem wspomina czasy swojego dzieciństwa.

Kogel mogel, ciasto, bezy czy blok czekoladowy, które mama wyczarowywała, to była dla nas nie lada gratka. Oczywiście z moim o osiem lat starszym bratem tłukliśmy się, kto ma wylizywać miskę, a kto łyżkę. Miska była zawsze bardziej atrakcyjna, ale on był większy i silniejszy, więc często wygrywał – pani Kasia żartowała w jednym z wywiadów.

Nie da się więc ukryć, że miłość do gotowania dziennikarka odziedziczyła w genach. Od najmłodszych lat świetnie radziła sobie w kuchni. Nie dziwi więc fakt, że i w dniu dzisiejszym pani Kasia nadal związana jest z jedzeniem. Popularność zyskała  dzięki swoim programom w stacji TVN Style: „Wiem, co jem”, „Wiem, co jem i wiem, co kupuję” i „O Matko!”.

Nie zamykała się jednak tylko na jedzeniowe tematy. Rozwijała się w różnych kierunkach. Wydała poradnik kosmetyczny zatytułowany „Cena urody” (razem z Marią Noszczyk)  oraz książki „Jestem mamą” i „Kasia Bosacka cudnie chudnie. Żegnaj pulpecie”. Przez dwa lata współprowadziła program „Salon piękności” w stacji TVN Style. W 2012 roku otrzymała wyróżnienie za najlepszy program, poświęcony ochronie praw konsumenta.

W sukcesie z pewnością pomogło jej doświadczenie dziennikarskie, które zdobyła na polonistyce i w „Gazecie Wyborczej”, gdzie pełniła funkcję szefa działu urody w „Wysokich Obcasach”.

Ale przecież nie samą pracą żyje człowiek, a życie prywatne pani Kasi jest również bardzo ciekawe. Przede wszystkim jest matką czwórki dzieci! A to samo w sobie jest już nie lada wyzwaniem.

Przez ostatnie lata mieszkała w Kanadzie, ponieważ jej mąż był tam ambasadorem Polski. Pani Kasia przejęła się rolą ambasadorowej. Narzuciła sobie mnóstwo zadań do zrealizowania. Organizowała pokazy kulinarne, promowała polską kuchnię i zwyczaje świąteczne w kanadyjskiej prasie i telewizji, działała w kółkach ambasadorowych.

Nie mogła usiedzieć w miejscu. A pamięta, gdy wyjeżdżała z Polski przyjaciółki mówiły: „Bosacka, teraz będziesz miała kucharkę, kelnera, kierowcę i sprzątaczkę”. Nic z tych rzeczy się nie spełniło. Cały czas sama zajmowała się domem, sama jeździła swoim samochodem, sama robiła zakupy i kupowała kwiaty. Bywało tak, że przywoziła syna z przedszkola i pędem biegła na górę, aby przebrać się w ładne rzeczy i otwierać gościom drzwi już jako ambasadorowa.

To była cudowna przygoda, jednak musiała się kiedyś skończyć. Pani Kasia była na ten moment przygotowana. Przyzwyczaił ją do tego jej mąż. Trzy lata mieszkała z nim w Waszyngtonie, potem kolejne trzy w Warszawie, następnie w Kanadzie. A teraz? Teraz rodzina Bosackich postanowiła wrócić do ojczyzny.

Wszystko u nas w porządku. Z rodziną i psem, z małymi przygodami, przeżyliśmy podróż przez ocean i już jesteśmy u siebie. Tam też było fajnie, ale naszym domem jest Polska. Ponadto jedzenie u nas jest dużo lepsze i zdrowsze – podkreśla w rozmowach.

Jej pociechy także nie buntowały się z powodu powrotu do kraju. – Przyjęły to jako normalną sprawę. Najmłodszemu jest dobrze tam, gdzie jest mama i tata. Dziewczynki wróciły do dawnego zespołu, w którym tańczą ludowe tańce. A najstarszy syn prawdopodobnie rozpocznie studia na Uniwersytecie Warszawskim. Wcześniej skończył liceum w Ottawie – wyjaśnia w jednym z wywiadów.

Sama ma bliżej do telewizji, wraca do pracy na uczelni i planuje wydanie książki z przepisami dań, którymi nie tak dawno częstowała gości jako żona ambasadora.

Czy będzie tęsknić za Kanadą? Pewnie tak… Jej zdaniem to bardzo przyjazny kraj z piękną fauną i florą oraz zawsze uśmiechniętymi, sympatycznymi i życzliwymi ludźmi. Ale… wszędzie dobrze, jednak w domu najlepiej.

Dziennikarka ma już też plan na przyszłość. Jakiś czas temu kupiła z mężem wiejską chatę pod Poznaniem – w pięknym miejscu nad jeziorem, rocznik 1895. Właśnie tam najlepiej odpoczywa i tam chciałaby spędzić swoją  starość. Kocha Umbrię i Toskanię, chciałaby kiedyś jeszcze pojechać do zjawiskowego parku Yellowstone w Stanach Zjednoczonych i wychylić Margaritę w północnym Meksyku, jednak najlepiej odpoczywa w Wielkopolskim Parku Narodowym.

Od sąsiadów kupuje mleko prosto do krowy i jaja od kur z wolnego wybiegu. W ogrodzie szaleje jej uradowany pies, który kocha to miejsce jak ona i od rana do wieczora ugania się za kotami i ptakami. Ona zaś wysypia się i odpoczywa jak nigdzie. Smakuje specjały lokalne: najlepszą w całej Polsce białą kiełbasę wielkopolską, leberkę, czyli najprawdziwszą wątrobiankę z cebulą, rogale świętomarcińskie, kaczkę z modrą kapustą i pyzami. Z tarasu lub okna sypialni patrzy na jezioro, by po raz kolejny upewnić się, że jest to jej miejsce na Ziemi. I tego już nic, ani nikt nie  będzie w stanie zmienić.