Z OSTATNIEJ CHWILI

Rodzina, ach rodzina

Kobiecym okiem patrząc na ten świat im więcej mam lat, tym częściej popadam w zadumę. Myślę tu o rodzinie i relacjach w niej panujących, zwłaszcza tych, które lansuje telewizja.

My w dawnych i współczesnych serialach, różne światy…

„Rodzina Leśniewskich”: rodzice dają wiele swobody dzieciom, które starają się być samodzielne, rozważne i wiedzą, że mają w nich oparcie. „Wojna domowa”: ojciec Pawła – niekwestionowany domowy cesarz, traktowany z szacunkiem, choć nie do końca poważnie, a mama jest – poza aktywnością zawodową – kimś w rodzaju uroczej kwoczki, troskliwie zabiegającej o męża i o syna, ciut bojaźliwej, nie wszystko rozumiejącej, lecz z wielkim sercem i – w sumie – z bardzo dobrym kontaktem z jedynakiem. A tego dzieciom trzeba.

Rodzina, jaką wówczas oglądał widz, często odbiegała od tej, jaką miał wokół siebie. Ale przekaz telewizyjny sprzyjał dobrym zmianom, zaczęły zmieniać relacje między dorosłymi i dziećmi, którym już nikt nie powtarzał, że podobnie jak ryby głosu nie mają.

Nie będę się czepiać szczegółów takich, jak powszechne w polskich serialach i filmach jedzenie z łokciami na stole, zwieszanie łba nad talerzem, że aż grzywka moczy się w zupie czy mówienia z pełnymi ustami. To niestety nie zmienia się z biegiem lat.

Jaką rodzinę lansują współczesne seriale? Na przykład „Rodzinka”. Nowoczesna, partnerska, mieszka – jak to niby nasza klasa średnia – w piętrowym domku. Miłe wnętrza, problemy z synami, wiele ciepła i wspólnych spraw. Ale dla mnie – nie do oglądania. Dlaczego? Ponieważ tam wciąż wszyscy na siebie nawzajem wrzeszczą. Nie krzyczą, ale drą się ile sił, czasem nie przebierając w słowach. Sorry, ja tego nie kupuję! Nie chciałabym żyć w domu (nawet tak ładnym), gdzie matka, gdy nie znajduje argumentów agresywnie się wydziera, a synowie (i mąż) to akceptują. Dzieci szybko przejmują ten wzorzec „rozmawiania” i równo drą się na braci i matkę. Dobrze, że się nie biją. Być w tej rodzinie albo mieszkać za ich ścianą – koszmar.

„M jak miłość” lansuje wzorce znacznie mi bliższe, gdzie wszyscy wspierają się nawzajem, chcą i umieją serdecznie, z troską rozmawiać o sprawach arcytrudnych, których scenarzyści im nie szczędzą, i o pogodnych. „Klan”, mimo pozorów, jest daleki od rzeczywistości, zbyt wygładzony, ugrzeczniony.

Nie oceniam tych seriali. Mówię tylko o rodzinie, jaką w nich widzę i o tym, co to dla mnie znaczy.

Telewizję, często bez kontroli dorosłych, oglądają nasze dzieci. Ciekawe, jakie z niej przyjmują wzorce do naśladowania…