Z OSTATNIEJ CHWILI

Opowiem o Bankowym…

Rozmowa z Jackiem Wojciechowiczem, mieszkańcem Białołęki, prezesem Fundacji Instytut Rozwoju Warszawy, byłym posłem, wiceprezydentem stolicy i burmistrzem Wesołej.

– Przez dziesięć ostatnich lat pełnienia funkcji w strukturach stołecznego samorządu był Pan zastępcą prezydent Warszawy, ale wcześniej zarządzał Pan kilkoma prawobrzeżnymi dzielnicami – Wawrem, Wesołą, Targówkiem…

– Tak, to było kolejne dziesięć lat. Po niecałe dwa lata byłem zastępcą burmistrza w Wawrze i na Targówku, a w Wesołej byłem burmistrzem sześć i pół roku.

– Którą z tych dzielnic zarządzało się najsympatyczniej?

– Zarządzanie jakąkolwiek gminą nie jest pracą łatwą. Szczególnie, jeśli traktuje się ją poważnie. Nawet, gdy człowiek wychodzi z urzędu o północy, to i tak ma świadomość, że wszystkiego się nie zrobiło. Codziennie rodzi się więcej problemów niż człowiek może rozwiązać. Każdą moją pracę samorządową, łącznie z rodzinnym Raciborzem, wspominam dobrze, bo samorząd jest moją pasją. Chyba największą satysfakcję czerpałem z zarządzania Wesołą. Tam wygrałem konkurs na burmistrza, miałem największą swobodę działania, no i byłem najdłużej.

– Choć od tamtego czasu minęło kilkanaście lat, to mieszkańcy dobrze Pana wspominają.

– To miłe. My przyjęliśmy wtedy niezwykle ambitny plan rozwoju Wesołej. To była m.in. budowa kanalizacji, która praktycznie nie istniała, budowa dróg w Starej Miłosnej, budowa szkół… Przecież tzw. „Orliki” to myśmy mieli już w 2001 roku, dużo wcześniej niż rząd przyjął program budowy „Orlików”. Zapewne tam udało mi się najwięcej zrobić i stąd satysfakcja z tamtej pracy jest największa.

– A w kategorii satysfakcji, jak Pan ocenia dziesięć lat swojego „wiceprezydentowania”?

– W sensie efektów bardzo dobrze, bo zainwestowane ponad 30 miliardów złotych z budżetu Miasta i spółek miejskich, to jest kwota nieporównywana z żadnym innym okresem najnowszej historii Warszawy. Oczywiście, poza czasem odbudowy stolicy po wojnie. Paradoksalnie, tak naprawdę, to my właśnie dzisiaj kończymy także ten proces odbudowy Warszawy. Proszę spojrzeć choćby na Śródmieście, gdzie trwają zarówno miejskie, jak i prywatne inwestycje na terenach, które przed wojną były zabudowane, a po zniszczeniach wojennych, przez ponad 70 lat, były kompletnymi nieużytkami…

Otwarcie przejścia podziemnego przy PKP w Rembertowie.

– Takim pustym miejscem jest na przykład otoczenie Pałacu Kultury…

– Tak. Przecież przed wojną Śródmieście było dwa razy gęściej zabudowane niż jest teraz. Ja nie twierdzę, że teraz też powinno być tak zabudowane, ale jest jeszcze wiele miejsc, które trzeba wypełnić budynkami, stworzyć ulice i pierzeje… Bo ten tzw. chaos, o którym często się mówi w kontekście Warszawy, głównie się bierze z tego, że mamy właśnie taką „wyszczerbioną” architekturę.

– Mówi Pan o satysfakcji z efektów pracy w stołecznym Ratuszu, a przecież jednym z głównych powodów, jaki prezydent Warszawy podała w czasie Pana dymisji było niezadowalające wykonanie inwestycji..?

– Taka była argumentacja, ale prawda o moim zwolnieniu jest trochę inna.

– To jaka jest ta prawda?

– Taka, że wskutek trudnej sytuacji, w której znalazła się pani prezydent, przewodniczący Schetyna zażądał mojego odwołania z zupełnie pozamerytorycznych powodów. Nie chcę mówić o tym, co stało za decyzją przewodniczącego, ale nie były to kwestie związane z Ratuszem. No i przekonał panią prezydent.

– Czuł się Pan skrzywdzony?

– Cała perfidia polegała na tym, że owszem, prezydent podała ten argument o braku inwestycji, ale zrobiła to w kontekście afery reprywatyzacyjnej, aby „przykleić” ją do mnie. A już trzy tygodnie później sama chwaliła się, że od dziesięciu lat w Warszawie mamy boom inwestycyjny… Zresztą to chyba widzi każdy, kto mieszka w stolicy.

– Argument z reprywatyzacją faktycznie był eksponowany…

– Tak, ale pani prezydent doskonale przecież wiedziała, że ja ani jednego dnia swojej pracy nie spędziłem przy sprawach związanych z reprywatyzacją. Łączenie mnie z tą sprawą było nieeleganckim sposobem na usunięcie mnie z Ratusza.

– Skoro mówimy o stołecznym Ratuszu, to niedługo ukaże się Pana książka „Co Wy wiecie o Bankowym?”, w której odsłania Pan kulisy zarządzania Warszawą…

– Z zamiarem napisania takiej książki nosiłem się od dawna. Chcę pokazać mieszkańcom, jak praca w Ratuszu wygląda od drugiej strony, jak wygląda cała mechanika związana z procesem podejmowania decyzji, jak trudno jest zadowolić wszystkich, pogodzić często rozbieżne interesy lokalnych społeczności…

Otwarcie Trasy Łazienkowskiej po remoncie.

– Ale książka nie jest odwetem za Pana zwolnienie?

– Nie, absolutnie. Oczywiście są w niej wątki polityczne, a nawet anegdotyczne. Myślę, że ciekawe dla czytelników, bo przecież choćby brałem udział jako szef komitetu w przygotowaniach do EURO 2012, budowie oczyszczalni „Czajka”, stadionu Legii, drugiej linii metra. Natomiast, ponieważ w książce opisałem samą prawdę, to na pewno nie wszyscy będą zadowoleni, gdy się ukaże…

– Odbiorcą tej książki ma być tzw. przeciętny warszawiak?

– No, na Nobla ani Pulitzera nie liczę. Tak, pisałem głównie z myślą o mieszkańcach stolicy.

– Sprawdzimy Pana talent pisarski. Ktoś mi kiedyś o Panu powiedział „Jacek Budowniczy”. Czy zabudowałby Pan prawy brzeg warszawskiej Wisły?

– Nie, nie. Cała koncepcja tworzenia bulwarów jest oparta o odmienność dwóch brzegów. Praski ma być zdecydowanie bardziej naturalny. Przytoczę anegdotę. Kiedyś była u nas delegacja z Japonii i oglądała Warszawę. Gdy patrzyli na praski brzeg Wisły, to któryś z członków delegacji zapytał, ile Miasto wydało pieniędzy na stworzenie takiego naturalnego krajobrazu w środku miasta…

– Myśleli, że to sztuczny twór? Coś jak sztuczna rafa koralowa w Dubaju?

– Tak. Nie mieściło im się w głowach, że ten brzeg jest naturalny. I taki powinien pozostać. Zresztą też jest ciekawie zagospodarowywany, choćby poprzez plaże. Mieszkańcy mają różne upodobania i preferencje, a więc różnorodność naszych brzegów jest tylko walorem.

Budowa tunelu w Wawrze.

– Dość głośno ostatnio wypowiadał się Pan w sprawie lotniska na Okęciu…

– Tak, bo likwidacja tego lotniska byłaby ogromnym ciosem dla rozwoju Warszawy. A miasto musi się rozwijać. Jeśli chcemy, żeby można było więcej pieniędzy przeznaczyć na kulturę, sprawy społeczne, żłobki, edukację, to te pieniądze nie biorą się z niczego. Biorą się właśnie z rozwoju miasta.

– No dobrze, ale co to ma wspólnego z Okęciem?

– Okęcie jest bardzo istotne nie tylko z punktu wygody mieszkańców, ale i rozwoju Warszawy. To piętnaście tysięcy miejsc pracy. Miliony złotych wpływów z podatków. Ja przeprowadzałem tysiące rozmów choćby z inwestorami, dla których bardzo istotne było to, że lotnisko jest w Warszawie. Że można tu przylecieć, szybko dojechać na jakieś negocjacje, a po trzech godzinach odlecieć… Poza tym, to lotnisko ma możliwość rozbudowy, a przecież pod Warszawą funkcjonuje lotnisko w Modlinie. I teraz co, te wydane miliardy trzeba wyrzucić do kosza, tylko po to, aby w Baranowie zainwestować kolejne miliardy..? To jest absurd.

– Skoro tak często pada słowo „rozwój”, to łagodnie przejdźmy do Fundacji Instytut Rozwoju Warszawy, której jest Pan szefem… Czym się zajmujecie?

– Zajmujemy się różnymi sprawami związanymi ze stolicą. Na przykład wnioskowaliśmy o zabezpieczenie Krakowskiego Przedmieścia przed atakiem terrorystycznym. Chodziło o budowę automatycznych zabezpieczeń, które by uniemożliwiły celowe wjechanie w tłum samochodem. Z przyjemnością odnotowuję fakt, że Rada Warszawy przyznała w tym roku środki na wykonanie takiego zabezpieczenia.

– A jeśli chodzi o Warszawę prawobrzeżną?

– Tutaj nam chodzi o to, żeby stworzyć jak najwięcej miejsc pracy. Weźmy choćby tereny po dawnym FSO. Według nas, tam najlepsza by była koncepcja mieszana, trochę mieszkaniówki, ale przede wszystkim tworzenie właśnie miejsc pracy. W dużej skali by to zlikwidowało rytuał codziennej jazdy do centrum i dobrze wpłynęło na ruch na naszych ulicach.

Pierwsza przejażdżka po uruchomieniu II linii metra.

– Jak się Panu mieszka na Białołęce?

– Dziękuję dobrze. Ja sobie chwalę. To dobry obszar do mieszkania.

– A denerwowały korki, jak Pan dojeżdżał codziennie do Ratusza na plac Bankowy?

– Mnie nie bardzo, a to dlatego, że dojeżdżałem służbowym autem. Jako pasażer pożytkowałem czas dojazdu na przygotowywanie się do pracy, wykonywałem telefony, wysyłałem maile, czytałem materiały…

– To na koniec wróćmy do książki o kulisach życia w Ratuszu – kiedy możemy się jej spodziewać na półkach?

– Ukaże się w lipcu. Choć nie wykluczam, że wcześniej pewne fragmenty mogą zostać udostępnione…

Rozmawiał Adam Rosiński