Z OSTATNIEJ CHWILI

Pjongczang

– Co pan tak międli tę gazetę, panie Eustachy – zapytał Kazimierz Główka, emeryt, swojego kolegę, Eustachego Mordziaka, kupca bieliźnianego na bazarze Szembeka…

– Nie międlę, tylko przeglądam.

– Ale jakoś tak nerwowo.

– Złota szukam.

– No, to do Kanady powinien pan pojechać, nad rzekę Klondike. Jak świat światem poszukiwacze złota tam ciągnęli…

– Nie wie pan, co teraz na świecie jest najważniejsze?

– To, co zwykle: pokój, współpraca międzynarodowa, ochrona środowiska…

– To też, ale o olimpiadę się rozchodzi!

– A, o olimpiadę… O igrzyska znaczy?

– Olimpiada, igrzyska – co za różnica.

– A jednak. Olimpiada, to czas między igrzyskami, ot co.

– No, dobrze, panie Kaziu – jak zwał, tak zwał. Ogląda pan?

– Nie za bardzo, jeśli mam być szczery. Ja, to wie pan – staromodny jestem: „Tylko Legia, ukochana Legia”…

– Znakiem tego, nic pan nie wie. Może to i dobrze, zdrowszy pan jesteś na nerwy.

– Z „Legunią”? Niekoniecznie.

– Takiej kaszany, to ja proszę pana nie pamiętam. Gdyby nie Stoch i jego koledzy wyszlibyśmy kompletnie na zero.

– E, ja słyszałem, że mamy dwa złote.

– Co pan mówisz? Jakie dwa?

– A tak! Pan prezydent Duda przecież też dostał. Razem z honorowym obywatelstwem Seulu, znaczy się tej ich koreańskiej stolicy. Nawet sobie zażartował – że jeszcze igrzyska nie ruszyły, a Polak ma już złoty medal. Śmiał się potem z tego dowcipu z pięć minut.

– Bo on lubi żarty… Nie wiem tylko, czy z tego też by się tak śmiał:

Przychodzi Kamil Stoch do kiosku i mówi:

– Poproszę „Nowości”.

– 3 złote.

– Justyna, pożyczysz?

– I warto było taki kawał świata się wlec?

– Mówią, że jeśli chodzi o igrzyska, to sam udział się liczy. Ale powiem panu – bez medali liczy się znacznie mniej. A za to kosztuje niesamowicie. Jako kupiec liczyć umiem. Przecież każdy z tych naszych sportowców postrojony w piękne dresy, kurtki, czapki – wygląda wprost ślicznie. Sprzęt najwyższej klasy światowej… A jak przychodzi, co do czego, jak trzeba pokazać, co się umie, na co nas stać, to 30-te miejsce, 40-te, 50-te. Czarna rozpacz! A już białej gorączki dostałem, jak jakiś nasz saneczkarz, po czterech latach przygotowań, treningów, obozów, stanął na starcie i wtedy okazało się, że zapomniał maski na twarz.

– To takie ważne?

– To, panie Kaziu, jakby spodni zapomniał. Tor saneczkarski to lodowa rynna, jedzie się tam 100 i więcej kilometrów na godzinę. W tem Ping-pongu, czy jak mu tam, dodatkowo jeszcze w cholernym zimnie, bo u nich siarczyste mrozy teraz są. To co taki orzeł może widzieć, jak mu powietrze niczym tysiąc sztyletów tnie twarz? Na czym on się skupia – na tym swoim starcie, czy na tym, żeby przeżyć do mety?…

– Faktycznie sensu to wszystko nie ma. Ale gdyby było więcej medali, to takich rozmów by nie było. Ludzie cieszyliby się, że nasi wygrywają, albo przynajmniej nie są gorsi od innych. Duch w narodzie byłby lepszy, duma by nas rozpierała… Mimo wszystko, niech się pan uśmiechnie! Nie sami narciarze są na świecie. Patrz pan nasz młody kulomiot machnął rekord Polski onegdaj. 22 metry!

– Jak nie myśleć o narciarstwie, jak cały świat tym właśnie żyje, a nie jakimś kulomiotem, panie Kaziu!

– No, to może na luzie bardziej? Jak ta babcia góralka z dowcipu: ogląda transmisję biegu na 50 km. Chmara narciarzy, a ona kręci głową i pyta wnuczka:

– Po co oni tak biegną?

– Pirsy dostanie złoty medal babciu.

– To po co biegnie reszta?

Szaser

Najnowsze artykuły

Bieżący numer

Bieżący numer w .pdf

Nr 12 (710) ROK XXVIII
Następne wydanie 5.07.2018

Archiwum wydań od nr 1/2006

REKLAMA

Najczęściej czytane