Siła argumentów

– Witam, panie Eustachy. Zimy zdaje się już nie unikniemy…

Faktycznie – na niezadaszoną część bazaru na pl. Szembeka padał deszcz ze śniegiem, czyniąc humory nielicznych przechodniów i jeszcze mniej licznych kupujących, smętnymi dosyć.

– Ano, nie – odparł mrukliwie, zupełnie jak nie on, pan Eustachy Mordziak, kupiec miejscowy, koledze Kazimierzowi Główce, stałemu tu bywalcowi. – Puchy. Zima nie służy bazarom. Coraz trudniej przez pół piątku i sobotę zarobić na cały tydzień.

– Faktycznie, jedna kupcowa to nawet mi dziś powiedziała, że zastanawia się, czy nie zwinąć interesu, bo zamiast robić kasiorę, robi bokami. Ale ja myślę, że to powoli wróci do normy. Wrócą starzy klienci, których odstraszyła budowa, przyjdą ci, co za chwilę będą mieli dosyć bazarku koło dawnego Universamu. Ciasnota, błoto. W porównaniu do placu Szembeka, to jakiś koszmar jest po prostu. A tu i kupić można w ludzkich warunkach, i kawę wypić, nawet obiad zjeść.

– Fakt, oprócz American Chicken nowa restauracja się pojawiła. Na piętrze.

– Byliśmy tam z żoną ze dwa razy. Przyjemnie, czysto, smacznie, niedrogo. Jakiś Serb z dwiema dziewczynami to prowadzi. Mili.

– Tylko, kto o tym wie, panie Kaziu? Teraz świat taki, że jak się nie zareklamujesz, to cię nie ma.

– A propos świat, to świat fiknął kozła, zdaje się.

– Mówisz pan o Juesej? Faktycznie. Ale to koniec świata raczej.

– E, tam. Może dla co poniektórych, ale nie dla wszystkich.

– A dla kogo zdaniem pana koniec?

– Moim zdaniem dla tych przemądrali, co to żyją z badania opinii społecznej. A właściwie – z urabiania opinii społecznej. Setki tych pracowni jest, sondaży tysiące, a jak przychodzi co do czego – nic nie wiedzą! Wszyscy się mylą. I to za taką ciężką kasę…

– Jak to „z urabiania”?

– Tak to. Gdy panu od rana do nocy hurkoczą nad głową, że wszyscy porządni ludzie, a nawet najbardziej znani aktorzy, będą głosować na panią Clinton, bo na sam widok takiego „buraka” jak Trump, porządny człowiek przechodzi na drugą stronę ulicy, to co to jest, jak nie pranie mózgów? Każdy chce być po lepszej stronie życia, a nie po stronie buractwa.

– Faktycznie. Sam widziałem w telewizji, że na ten przykład Robert de Niro schlastał go niemiłosiernie.

– Panie, tam nie było nikogo znanego, kto by tego nie zrobił. Ale efekt osiągnęli odwrotny.

– A wiesz pan co? Pomyślałem sobie, że toczka w toczkę, jak u nas. Pamięta pan jak przepowiadali, że pan Komorowski przegra wybory prezydenckie, pod warunkiem, że po pijanemu przejedzie na pasach zakonnicę w ciąży? No i nie przejechał, a przegrał. Do dziś nie może się pozbierać. A jaki „skrzywdzony” chodzi?!

– Bo w ludziach coś takiego jest, że znoszą różne głupoty, ale do czasu. A potem, panie, coś w nich pęka i nie ma zmiłuj się. Jak przychodzi postawić kreskę, to stawiają po swojemu, a nie tak, jak im podpowiadają te mądrale z telewizora.

– Taka prawda. Powiedziałbym – siła argumentów własnych bierze bezapelacyjnie górę nad siłą argumentów podsuwanych.

– Jak u tego gościa, którego razu pewnego ktoś komplementował, że zbudował dom, posadził drzewo i spłodził syna.

– A on, co?

– Owszem – powiedział – ściąłem drzewo, zbudowałem z niego dom i przekonałem kobietę, że chcę mieć z nią syna. Wszystko przy pomocy jednej siekiery…

Szaser