Bańka na wodzie

– Witam, panie Kazimierzu. Dzwonię, bo nie odzywa się pan. Mam nadzieję, że nic się nie stało?

– Nie, nie, spokojnie. Tak jakoś się zeszło… Niby człowiek zamknięty, nie rusza się nigdzie, a godziny między palcami przeciekają.

Eustachy Mordziak kupiec bieliźniany z bazaru na pl. Szembeka, który od lat kolegował się z panem Kazimierzem Główką, emerytem, stałym klientem na tym bazarze, odetchnął z ulgą słysząc go w dobrym zdrowiu.

– Powiem panu, że to jednak sztuka jest niemała, zamknąć cały naród pod kluczem.

– No, bo jak inaczej? Zarazę mamy i trzeba być ostatnim durniem, żeby nie posłuchać, co mądrzy ludzie mówią. „Nie wychodź z domu!”. To chyba nietrudno zrozumieć?

– To prawda, ale jednak niektórzy nie rozumieją.

– Powiem panu, panie Eustachy, że i uciec nie ma gdzie. Wirus jest wszędzie. Atakuje od Australii po Islandię, od Przylądka Horn po Władywostok.

– Uboczny skutek globalizacji, że tak powiem.

– Żeby pan wiedział. Świat jest otwarty, można podróżować swobodnie, handlować, więc miliony ludzi i miliony ton towarów są w ciągłym ruchu. I nagle to staje w miejscu, jakby jakiś lodowaty wiatr zawiał i wszystko zamroził.

– Jak się tak zastanowić, panie Kaziu, to jak z kosmosu jakiegoś jest. Czy pan pomyślał dwa tygodnie temu, że nie wiadomo kiedy znów pan pojedzie na działkę? Miał pan plany, coś pan sobie umyślił, a tu – kicha!

– To niesamowite! W kilka dni życie wywróciło się ludziom do góry nogami.

– O, to, to. Wie pan, że my już drugi miesiąc nie zarabiamy. I nie wiadomo, jak długo jeszcze. Krysia popłakuje po kątach, że na bezrobotne iść będziemy musieli.

– Może nie… Dacie radę, panie Eustachy. Ale, jak już o tym się zgadało, powiem panu coś, czego nigdy nikomu nie mówiłem. Wie pan, gdzie na Skaryszewskiej jest ta jadłodajnia Caritasu. Nie raz przejeżdżałem obok samochodem. Najczęściej, bo mi tamtędy najbliżej do domu było, ale także, żeby samemu sobie co jakiś czas uświadomić, że linia, która dzieli mnie, siedzącego w wygodnym aucie, od tych biednych ludzi, stojących w ogonku po zupę, jest jednak bardzo cienka. Że wystarczy byle co, jakieś zawirowanie niespodziewane, choroba, a ja sam, w takiej kolejce mogę się znaleźć.

– Powiem panu, że może nie każdy wie, gdzie ta Skaryszewska jest, ale w tych dniach, kiedy zaraza kieruje naszym losem, każdy na własnym przykładzie przekonuje się, że nasze życie jest jak bańka na wodzie. Pyk i nie ma. I nic nie będzie już tak, jak było.

Szaser