Szpital – moje dziecko

Rozmowa z Jarosławem Rosłonem, lekarzem specjalistą chorób wewnętrznych, dyrektorem Międzyleskiego Szpitala Specjalistycznego w Warszawie, prezesem Związku Pracodawców Podmiotów Leczniczych Samorządu Województwa Mazowieckiego

 – Panie Dyrektorze, kieruje Pan szpitalem w Międzylesiu od 2002 r., ale związany jest Pan z tą placówką znacznie dłużej, prawda?

– O tak. Jestem z tym szpitalem związany od ponad 33 lat. Trafiłem tu na staż zaraz po skończeniu Warszawskiej Akademii Medycznej.

– Czyli był to Pana pierwszy szpital i przez tak długi czas zapewne poznał go Pan dokładnie…

– Pierwszy. Po stażu trafiłem do Oddziału Kardiologii, gdzie pracuję do dzisiaj. Niezależnie od tego przeszedłem tu wszystkie szczeble kariery – poprzez zastępcę do spraw lecznictwa aż do dyrektora, którym jestem od 16 lat.

– To kawał czasu. Końcówka roku sprzyja podsumowaniom, jakie refleksje Panu się nasuwają?

– Zawsze myślałem, że ten czas przeszły był czasem bardzo trudnym, ale teraz mam wrażenie, że każdy kolejny rok jest coraz cięższy. Wynika to m.in. z tego, że mamy coraz mniej chętnych do pracy w zawodzie…

– Zapewne jest to kwestia niewysokich zarobków..?

– Kwestia finansowa, owszem też, ale przede wszystkim chodzi o stopień trudności w uzyskaniu zawodu. I to nie tylko lekarza, ale także pielęgniarki czy innych zawodów medycznych. A przy tym wszystkim dochodzi jeszcze kwestia olbrzymiej odpowiedzialności. Ta odpowiedzialność kiedyś była inna. Teraz jest znacznie poważniejsza, bardziej rygorystyczna i podlega jej praktycznie każdy pracownik medyczny.

– No tak, właściwie można odpowiadać za wszystko, a jednocześnie świadomość tej odpowiedzialności znacznie wzrosła wśród pacjentów…

– Do tego dochodzi jeszcze straszna biurokratyzacja. Praktycznie w działalności medycznej nie można zrobić żadnego ruchu nieudokumentowanego odpowiednim sposobem postępowania.

– Ale to jest chyba dobre? – z punktu widzenia pacjenta pytam…

– Prawdopodobnie i dobre, i słuszne, ale dopóki wszystkie tego typu czynności musi wykonywać personel, który ma leczyć, a nie personel pomocniczy, to u lekarzy i pielęgniarek budzi zniechęcenie i frustrację.

– No tak, ale są też sytuacje, które cieszą i napawają dumą, na przykład kończycie budowę Szpitalnego Oddziału Ratunkowego, chyba jedynego w rejonie Wawra i okolicznych miejscowości. To wielka sprawa dla mieszkańców i pacjentów!

– SOR będziemy otwierać prawdopodobnie na przełomie lutego i marca. Faktycznie, do tej pory najbliższy taki oddział był w szpitalu na Szaserów. To bardzo daleko nie tylko dla mieszkańców Wawra, ale rejonu całej linii otwockiej. Przyznam się, że odkąd jestem dyrektorem szpitala w Międzylesiu, to budowa SOR-u była najtrudniejszą inwestycją.

– Domyślam się, że SOR nie był budowany ze środków własnych szpitala. Ile kosztuje taka inwestycja?

– Środki własne to około procenta. Mamy ten oddział dzięki finansowaniu przez organ założycielski, czyli Samorząd Województwa Mazowieckiego, za co jesteśmy bardzo wdzięczni. A budowa takiego oddziału od podstaw to poważny koszt – kilkunastu milionów złotych.

– Takie udane inwestycje podnoszą na duchu…

– Mogę powiedzieć, że moja dusza się raduje, gdy widzę, jak szpital się rozwija. Bo on jest takim moim dzieckiem, o które dbam. Staram się, żeby był coraz bardziej nowoczesny i miał coraz wyższą jakość usług i coraz szerszy profil działalności.

– I trzeba przyznać, że się udaje…

– Dziękuję, to cieszy. A w ostatnim czasie szpital, w coraz szerszym zakresie zajmuje się dydaktyką dla studentów Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Posiadamy już dwie kliniki WUM – chorób wewnętrznych i kardiologii oraz ortopedii i rehabilitacji. Te kliniki rozwijają się bardzo prężnie, mamy bardzo duże grono studentów, którzy u nas się kształcą. Poza tym mamy też zespół dydaktyczny w Oddziale Chirurgii Ogólnej, Naczyniowej i Onkologicznej i cały czas rozszerzamy działalność.

– A powiedzmy szczerze, że stolica nie jest łatwym polem branży medycznej…

– Warszawa jest ośrodkiem, w którym nie można być średniakiem. Cały czas patrzymy na pozycjonowanie szpitala i dążymy do poprawy jakości, a wręcz do doskonałości. A nie można tego realizować bez dydaktyki, bez kształcenia młodych ludzi. Dzięki temu sami też się ciągle dokształcamy.

– Pewnie byśmy nie rozmawiali tyle o Pana dyrektorowaniu i samym szpitalu, gdyby kilkadziesiąt lat temu nie zdecydował Pan, że zostanie lekarzem… Kiedy podjął Pan taką decyzję?

– W drugiej klasie liceum. Chodziłem do szkoły, której już nie ma na mapie Warszawy – Liceum Ogólnokształcące Św. Augustyna…

– Świetna PAX-owska szkoła.

– Tak, był w niej bardzo wysoki poziom nauczania, a warunki znakomite. Indywidualne klasy, indywidualne szatnie, basen, korty… Chodziłem do klasy humanistycznej, ale już od drugiej klasy profilowałem się na studia w Warszawskiej Akademii Medycznej.

– To już jako nastolatek musiał Pan być bardzo dojrzałym i odpowiedzialnym człowiekiem. Panie Dyrektorze, życie zawodowe związał Pan z Wawrem, ale mieszka Pan na Gocławiu. Przy zapewne absorbującym dyrektorowaniu szpitalem znajduje Pan czas na jakiś relaks i odpoczynek?

– Przez wiele lat wydawało mi się, że jestem tak zapracowanym człowiekiem, że nie mam czasu na pewne rzeczy. Aż wreszcie w tym roku dojrzałem do decyzji o posiadaniu psa. I okazało się, że mogę z nim się bawić, chodzić na spacery, wychowywać go. Sprawia mi to olbrzymią radość, no i jest takim elementem, dzięki któremu się odstresowuję i pozbywam tzw. złych emocji, jakie siłą rzeczy człowiek nieraz przenosi z pracy do domu.

– Cóż to za terapeutyczny pupilek?

– To duża rasa – mastiff tybetański. Szczeniaczek Amos ma jedenaście miesięcy i dopiero waży 56 kilogramów (śmiech). I tak razem sobie spacerujemy w rejonie Mostu Siekierkowskiego…

Rozmawiał Adam Rosiński