Z OSTATNIEJ CHWILI
Sprawdź imprezy w Twojej okolicy.Zaginął kot, zgubiłeś psa, portal „Mieszkańca” bezpłatnie info o tym da!* www.facebook.com/gazetamieszkaniec * ilość informacji ograniczona; osoby zainteresowane prosimy o kontakt telefoniczny 22 810-64-12

Wrzesień 1939

Ministerstwo wojny ewakuowało się w ciągu kilku godzin

Wielokrotnie na łamach „Mieszkańca” pisaliśmy o tym, jak wyglądał warszawski wrzesień 1939. Tym razem publikujemy niewydane dotąd drukiem wspomnienia Henryka Podlewskiego – przed wojną studenta medycyny Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 70-tych spisał je jego kuzyn, redaktor Maciej Piekarski.

PHOTO: EAST NEWS Nalot na Warszawę, wrzesień 1939. N/Z: Bombowiec Heinkel He-111 nad płonącą Gazownią Warszawską.

W 1939 r., tak jak i w innych latach, podchorążówka medycyny, zwana popularnie „Sanitarką”, udała się na polne ćwiczenia, coś w rodzaju manewrów. Ćwiczenia odbywały się w wolnym czasie od nauki na uniwersytecie, na który uczęszczali wszyscy podchorążowie. Było to więc w lipcu i sierpniu, ponieważ we wrześniu podchorążowie udawali się do rodzin i na odpoczynki indywidualne, aby z nowymi siłami przystąpić do nauki i ćwiczeń w nowym roku szkolnym. Dotąd ukończyłem dwa lata medycyny wojskowej, ale ponieważ drugi rok był wyjątkowo trudny, nie zdałem jeszcze wszystkich egzaminów, zostawiając na po wakacjach trzy z nich. Tak zresztą robili wszyscy.

Jednakże atmosfera września nie sprzyjała nauce, ponieważ wyczuwało się już wyraźnie zbliżającą się wojnę. Wiele symptomów o tym mówiło, lecz nie tu miejsce na ich wymienianie. Na ogół młodzi ludzie w wieku akademickim lub wojskowym liczyli na to, że wojna wybuchnie i danym im będzie przeżyć wielką męską przygodę, która w ich przekonaniu patriotycznym miała się skończyć wielkim zwycięstwem Polski. Nie było więc sensu zbytnio przykładać się do nauki.

Pamiętam, że kiedy odwiedziłem Ojca mojego w jego mieszkaniu na ul. Smulikowskiego w Warszawie w końcowych dniach sierpnia 1939 r., Ojciec jako dowódca odcinka obrony przeciwlotniczej i przeciwpożarowej nosił już specjalną opaską na ramieniu określającą jego funkcję i był z tego bardzo dumny, że może się jeszcze przydawać Ojczyźnie, mimo iż ma już pięćdziesiąt lat i jest już, jak uważał, starym człowiekiem. Notuję to specjalnie, jako że ja w starszym od niego wieku nie uważam się bynajmniej za starego. No, ale to chyba kwestia ogólnego przedłużania się życia człowieka, a także innego trybu życia.

Stanowisko obrony przeciwlotniczej w czasie oblężenia Warszawy.

Na kilka dni przed wybuchem wojny wszyscy podchorążowie zostali przyłączeni do różnych formacji i urzędów. Chyba odbywało się to według alfabetu, ponieważ trzech z nas przydzielono do gabinetu ministra wojny. Pamiętam, że jeden z mych kolegów nazywał się Pirożyński. Urzędowaliśmy w alei Szucha, a spaliśmy w piwnicach tego gmachu. Tuż przed samą wojną udało mi się jeszcze raz odwiedzić dom.

Przyszedł pierwszy września. Patrzeliśmy na niebo, które coraz częściej napełniało się samolotami. Zastanawialiśmy się, czy to nasze, czy nie nasze samoloty. Niestety okazywało się, że nie nasze, ponieważ zrzucały bomby na Warszawę. W kilka godzin po wybuchu wojny dostaliśmy rozkaz pakowania akt ministerstwa i wyjazdu na Dworzec Wschodni celem ewakuacji pociągiem w kierunku Lublina. Nasz pociąg złożony był z kilku wagonów osobowych dla ważniejszych osobistości. Reszta, w tym drobniejsi żołnierze, urzędnicy i urzędniczki, no i akta ministerstwa, jechały wagonami towarowymi.

W pociągu udzieliła się nam ogólna psychoza wówczas panująca, że Niemcy wiedzą wszystko, bo mieli doskonały wywiad i wobec tego wiedzą także, że pociągiem tym ewakuuje się ministerstwo. Jechaliśmy jednak spokojnie i w drodze tylko raz mieliśmy nalot niemieckiego myśliwca, który wiele razy oblatywał pociąg i ostrzeliwał z karabinów maszynowych. Leżałem na podłodze, kryjąc się za wielkim brzuchem otyłego współtowarzysza podróży. Pociąg jechał z wielką szybkością, a maszynista bez przerwy gwizdał – jakby to mogło coś pomóc. Mieliśmy paru zabitych i rannych. Dowieźliśmy ich do Lublina, gdzie stanęliśmy na bocznicy. Byłem wydzielony do obserwacji powietrznej, dano mi szkła polowe. Siedziałem na dachu wagonu. Zobaczyłem sztukasy i zrobiliśmy alarm. Ja z większą ilością ludzi – w pole kartoflane. Pamiętam – leżałem w bruździe, a obok mnie ksiądz. Naokoło wybuchy bomb i ciemno od kurzu i dymu. Pomagałem w opatrywaniu rannych jako „sanitarny”, ale na dobrą sprawę nie miałem o tym pojęcia, bo nas na medycynie tego nie uczyli, a w „sanitarce” tylko musztra, marsze itd.

Chyba jeszcze przed tym nalotem, 5-go lub 4-go września jacyś nasi oficerowie sztabowi powiedzieli nam, że wojna jest właściwie przegrana i że naprawdę jest już po wszystkim. Wiadomość ta zrobiła na mnie i na innych piorunujące wrażenie. Była tym tragiczniejsza, że została podana przez ludzi najbardziej kompetentnych i zorientowanych. Nie mogłem wrócić do równowagi po tych wiadomościach.

Dalszy transport pociągiem po bombardowaniu i rozbiciu go był niemożliwy, dano więc nam jakieś samochody ciężarowe, którymi dojechaliśmy do jakiejś mniejszej stacji, której nazwy nie pamiętam i tam przesiedliśmy się znowu do pociągu i pojechaliśmy do Lwowa. Droga trwała jak na taką odległość niezmiernie długo, ponieważ staliśmy po drodze wielokrotnie godzinami i spaliśmy po różnych drobnych stacjach.

Kiedy dojeżdżaliśmy do Lwowa, na niebie dała się z dala zauważyć olbrzymia łuna. Jak się potem okazało, płonęła fabryka wódek Baczewskiego. We Lwowie opowiadali mi, że wódka płynęła rynsztokiem jak rzeka i ludzie wiadrami ją zbierali. Wątpię, czy to prawda. We Lwowie staliśmy chyba trzy dni. W tym czasie były jakieś mniejsze naloty lotnictwa niemieckiego, ale nie były one zbyt uciążliwe.

Znowu załadowano nas na różne samochody ciężarowe i osobowe, przy czym ja znalazłem się w przyczepce motocykla. Naloty stawały się częstsze i bardziej dotkliwe. Niemcy strzelali do wszystkiego, co poruszało się po drogach. Patrzałem więc w niebo i kiedy dostrzegłem samoloty niemieckie, dawałem znać memu kierowcy i chroniliśmy się do rowów przydrożnych, czekając, aż nalot przejdzie. Droga do Zaleszczyk, do których kierowaliśmy się, była jeszcze niezbyt zawalona pojazdami i uciekinierami, bo to było jeszcze stosunkowo wcześnie, zresztą nie zawsze jechaliśmy drogą główną, wybierając często drożyzny polne.

Proklamacja Stefana Starzyńskiego jako Komisarza Cywilnego przy Dowództwie Obrony Warszawy 8 września 1939

W pewnym momencie jazdy zauważyłem łunę kurzu nad drogą. Jechała jakaś kolumna naszego wojska w przeciwnym od naszego kierunku. Kurz opadł, a z niego wyłoniła mi się sylwetka mego znajomego kolegi Wiktora Lipińskiego, tego, który potem ożenił się z siostrzenicą drugiej żony mojego Ojca. Powiedziałem Lipińskiemu, że jadę do Zaleszczyk, by przekroczyć granicę i że wiem od osób kompetentnych, że w kraju właściwie wszystko skończone. Sytuacja była już właściwie taka, że każdy mógł robić, co uważał za stosowne. Trzymaliśmy się jakiejś grupy już tylko siłą bezwładności i na zasadzie podobieństwa losów. Nie pamiętam już teraz, co właściwie stało się z aktami, które wieźliśmy ze sobą i co stało się z innymi grupami stanowiącymi poprzednio jedną całość, gdyż grupa, z którą jechałem, była tylko częścią poprzedniej całości. Nie umiem dokładnie powiedzieć daty tego, o czym w tej chwili mówię, ale było to jeszcze przed wtargnięciem wojsk rosyjskich do Polski. Rozprzężenie było już całkowite. Nawet na kilka dni przed dojazdem do Zaleszczyk powiedziano nam wyraźnie, by każdy robił, co uważa za stosowne.

Wiktor Lipiński wsiadł za motocyklistę mojego motocykla i dalej pojechaliśmy razem. Z nami jechała jeszcze drobna grupka wojska, a na jej czele oficer, który zadecydował, że wyjazd za granicę jest w tej sytuacji konieczny i że w dalszym ciągu tam się więcej przydamy niż w kraju. Strudzeni zatrzymaliśmy się gdzieś po drodze i mnie wraz z Wiktorem wysłano gdzieś dalej od szosy dla znalezienia żywności. Po drodze spotkał nas uzbrojony patrol żandarmów, który nas zaczął legitymować. Z tym jednak było gorzej, ponieważ mieliśmy zapowiedziane, że pod żadnym pozorem nie wolno nam mówić, że należymy do jednostki gabinetu ministra. Takie tłumaczenie oczywiście nie zadowoliło żandarmów i wobec tego zaczęli nas prowadzić na jakiś posterunek czy komendę. Było to w jakiejś drodze leśnej. Idziemy przodem prowadzeni przez żandarmów i słyszymy rozmowę przez nich prowadzoną, z której wynika, że to na pewno „piąta kolumna” i że właściwie najlepiej jest nas rozwalić na miejscu. Protestowaliśmy wobec tych jakże niebezpiecznych stwierdzeń i wobec tego szczęśliwie doprowadzono nas do jakiegoś posterunku. Nawiasem mówiąc, nie byłem uzbrojony, bo nie dano mi żadnej broni, miałem tylko mały rewolwer mojego Ojca. Była to właściwie zabawka. Wyjaśniliśmy, że nie możemy zdradzać tajemnicy do jakiej formacji należymy, ale w pobliskiej wiosce jest nasz dowódca pułkownik, który sprawę wyjaśni. Żandarmi jakoś to sprawdzili i wypuścili nas. Zaraz potem nasz pułkownik wydał mi prymitywnie napisane zaświadczenie stwierdzające, że Henryk Podlewski jest przydzielony do gabinetu Ministra „z miejscem postoju według rozkazu”. Miałem przez lata ten świstek na pamiątkę, ale gdzieś go ostatnio zgubiłem. Na zaświadczeniu byłem nazwany plutonowym, ponieważ z chwilą wybuchu wojny taki stopień dostałem.

Dobrnęliśmy do Zaleszczyk, w których spotkaliśmy część naszego transportu, między innymi i panie urzędniczki, które bardzo serdecznie zaopiekowały się nami, to znaczy naszym zaopatrzeniem i żywnością przez kilka dni. Kiedyś powiedziałem do kilku osób co by się to stało, gdyby jeszcze na dobitek złego weszli do Polski Rosjanie. I rzeczywiście stało się to za dwa dni. Nasz dowódca pułkownik powiedział nam wówczas, że jednak najmądrzej jest przejść do Rumunii. Tak też zrobiliśmy. Przejście przez most było zupełnie proste. Trzeba było tylko oddać Rumunom naszą broń. Ja swój rewolwerek schowałem do kieszeni i nie oddałem.

Pirożyński, Lipiński i ja mieliśmy także legitymacje studenckie. Była to okoliczność bardzo istotna, ponieważ wiedzieliśmy, że Rumuni internują wojskowych. W Czerniowcach poszliśmy na jakiś targ i tam sprzedaliśmy nasze doskonałe ubrania i płaszcze wojskowe i za te pieniądze dostaliśmy jakieś używane stare ubrania cywilne. Dodano nam jakieś pieniądze do tej transakcji, ale nie było tego wiele. Od tej chwili uchodziliśmy za cywili.

W Czerniowcach był polski konsulat. Poszliśmy do niego i otrzymaliśmy jakieś niewielkie pieniądze w lejach. Już wtedy mówiło się wśród Polaków, że dalsza walka będzie prowadzona z Francji. Pojechaliśmy do Bukaresztu, gdzie zameldowaliśmy się w polskim konsulacie i gdzie dawano nam dziennie małą ilość pieniędzy, ale wystarczającą. Mieszkaliśmy w malutkim pokoju hotelu IV klasy. Pamiętam raz poszliśmy na doskonałą rewię. Kostiumy były świetne, podobno z poprzedniej rewii w Folies Bergeres w Paryżu. W ambasadzie zapisaliśmy się na listę chętnych na wyjazd do Francji. Po jakimś tygodniu w Bukareszcie postanowiliśmy pojechać do Constancy, by być nad morzem, które stanowić miało drogę na zachód. Przed wyjazdem powiedziano nam, by nie wykupywać biletów, bo to drogo kosztuje, ale żeby dać w łapę konduktorowi znacznie mniejszą sumę i także dojedziemy.

W Constancy musieliśmy szukać jakiegoś mieszkania. Znaleźliśmy mały pokoik w piwnicy z dwoma łóżkami. Właściciel, bardzo miły człowiek, dał nam pokój za bardzo przystępną cenę. Mam wrażenie, że dlatego iż bidula akurat złapał mendy, a my jako studenci medycyny leczyliśmy go. W tymże samym hoteliku mieszkały jakieś panny, które występowały w kabarecie. Właściciel czynsz odbierał częściowo w naturze, nic więc dziwnego, że spotkała go taka przypadłość. Właściciel był tak uprzejmy, że nawet nas poczęstował rumuńską zupą. Powiedział, że trzeba do niej dodać „czuszki”. Dodaliśmy więc te „czuszki”, które okazały się być potwornie silną papryką i oczywiście, jako nie przyzwyczajeni do takich piekielnych potraw, nie mogliśmy zupy zjeść.

Początek przebywania w Constancy nie był zły. Chyba dlatego, że nie było jeszcze zimno. Stołowaliśmy się w jakiejś maleńkiej restauracyjce, gdzie jadaliśmy potrawę zwaną „musaka”. Pieniądze na to jedzenie zdobywaliśmy wygrywając w brydża z zasobnymi naszymi oficerami. „Musaka” to było mięso z poprzedniego dnia, które zostało przemielone z ziemniakami i razem zapieczone. Jedliśmy to z chlebem. Czasem łapaliśmy na szpilkach i nitce ryby w morzu i jedliśmy je potem ze smakiem. Robiło się coraz zimniej. Ubranko było za zimne. W butach robiły się dziury i ja reperowałem je przez codzienne wkładanie do środka buta gazety. W Constancy był kościół katolicki, w którym w niedzielę schodzili się wszyscy Polacy. Kiedy śpiewaliśmy „Boże coś Polskę”, wszystko ryczało. Wiadomości z Polski mieliśmy ustne od tych, którym jeszcze udawało się uciec z okupowanej Polski, oraz z niemieckich gazet, które były w Rumunii łatwo dostępne. Rumuńskiego języka nie znaliśmy. Do dziś pamiętam rysunki jakiegoś Niemca, które ilustrowały opisy kampanii przeciw Polsce. Były to chyba rysunki znanego niemieckiego rysownika, który dziwnym zrządzeniem losu nazywał się Matejko. Nie znałem języka niemieckiego, ale pamiętam napis pod takim rysunkiem: „Deutsche Fluger gegen Polnische Bunkern”.

W nocy mimo zimna wystawiałem mimowoli ucho nad kołdrę, nadsłuchując, czy czasem nie lecą jakieś samoloty. Ten strach przed bombardowaniem tak wrył się w podświadomość, że objawiało się to takim niedorzecznym zachowaniem.

To, że już podczas pobytu w Bukareszcie, tuż po przekroczeniu granicy rumuńskiej, zgłosiliśmy się na wyjazd do Francji, okazało się rzeczą zbawienną. Ci bowiem, którzy to zrobili od razu, dostawali żołd w takiej wysokości, że wystarczał na bieżące utrzymanie. Chodziliśmy tylko stale dowiadywać się, czy nasza kolejka już nadchodzi i czekaliśmy na wyjazd w mroźnej zimie pierwszego roku wojny. Żołd dostawaliśmy od angielskiej Intelligence Service. Najgorsza sprawa była z ubraniem. Bez płaszcza, w dziurawych butach było kiepsko. Poszedłem do oddziału Czerwonego Krzyża w Constancy prowadzonego przez Polaków. Zawalony ubraniami od podłogi do sufitu. Powiedzieli mi: „Pan jedzie do Francji, to tam Pan mundur dostanie.” Nic mi nie dali. W lutym 1940 r. wyjechałem z Rumunii.


Autor wspomnień dr Henryk Podlewski po wojnie ukończył medycynę w Edynburgu i został lekarzem psychiatrą. W latach 50-tych osiadł na Wyspach Bahama i ożenił się z rodowitą mieszkanką tych wysp. Tam stworzył niemal od podstaw szpital psychiatryczny w Nassau. Zasłużony dla Bahamów w walkach mieszkańców wysp o odzyskanie niepodległości cieszył się ogromnym uznaniem. Był też kawalerem Medalu Imperium Brytyjskiego, gdyż wraz z polskim wojskiem na zachodzie walczył m.in. w Syrii, Libii i pod Tobrukiem. Zmarł w 2015 roku w swoim domu w Nassau stolicy Wysp Bahama. Miał 95 lat.

Oprac. Małgorzata Karolina Piekarska

Fotografie: wikimedia.com

 

 

 

Newsletter Mieszkańca

Bieżący numer

Bieżący numer w .pdf

Nr 19 (693) ROK XXVII
Następne wydanie 26.10.2017

Archiwum wydań od nr 1/2006

Najnowsze artykuły

REKLAMA

Najczęściej czytane