Wszystko się zmienia

– Nie ma odwrotu – ni to stwierdził, ni to się zdziwił pan Eustachy Mordziak, popatrując na nowy szklany dach nad placem handlowym bazaru na Szembeka. Raz na dach, raz na pana Kazimierza Główkę, swojego kolegę, który właśnie pojawił się na zakupach.

– Nie da się ukryć, panie Eustachy, idzie nowe. Ja, powiem panu, coraz częściej zauważam, że nie nadążam za tymi zmianami. Na przykład coraz więcej wokół mnie ludzi, których kompletnie nie znam, a coraz mniej znajomych.

– Też to mam. Dajmy na to przychodzi klientka od lat. Dzień dobry, dzień dobry, co u pani, co u pana… I nagle nie ma jej, nie pojawia się w bramie. Niby obca osoba, a jakby człowiek na kogoś czekał. Do czasu, aż jakimś przypadkiem nie dowie się, że ona już nie przyjdzie, że już na niebieskich bazarach buszuje.

– Popatrz pan, ile tu młodych twarzy. Kto z nich uwierzy, że kiedyś kupowało się tu prosto z wozu, że trzeba było przeciskać się między końmi, że forsa przechodziła z ręki do ręki bez żadnej kasy, żadnych kwitów. Jak by pan kogokolwiek zaczepił i opowiedział, jak było, będą na pana patrzyli jak na Bitwę pod Grunwaldem Matejki.

– To znaczy?

– Jak na dokument epoki dawno minionej. Tak dawno, że aż wierzyć się nie chce, że ona w ogóle była.

– To samo będzie za parę lat. Przyjdą następni i też w głowie nie będzie się im mieściło, że handlowało się spod folii, dajmy na to, że na mrozie, albo w upale, a nie tam, w tym klimatyzowanym centrum, które nam tu kończą.

– Jeśli to jest jakieś pocieszenie, to powiem panu, że wszystko wokół się zmienia. Kto mi panie Eustachy na przykład uwierzy, że tam, gdzie dziś jest czysta, higieniczna, zaopatrzona jak Pewex stacja Statoilu, była bardzo miła knajpka zatopiona w bzach, z Cyganami, którzy lekko trąconym klientom grali rzewne „Tango Milonga”?

– Musiałbyś pan zacząć od tego, żeby wytłumaczyć, co to był Pewex! No, niech pan spróbuje wytłumaczyć swoim wnukom, że gumę do żucia można było tylko w tym Peweksie kupić, jak oni mają ją teraz na wyciągnięcie ręki. Tak ze wszystkim…

– Najpierw, to oni muszą mi tłumaczyć, co mówią, bo bez słownika ani rusz. Na przykład, czy pan wie, panie Eustachy, co to znaczy w języku młodzieży „KC”? – „KC”? No, ten, jak mu tam – Komitet Centralny. Partii znaczy się…

– I ja się tak samo wygłupiłem!… Komitet Centralny, to było za naszej młodości, a dla dzisiejszych małolatów „KC”, znaczy „kocham cię”!.

– To nie można tego normalnie powiedzieć?

– Można, ale to męczące – za długie. Dwa wyrazy. A „KC”, to tylko dwie litery – po co się przemęczać, jak nie trzeba?…

– Na szczęście, jeśli chodzi przynajmniej o nasze czasy, to mamy swojego „Mieszkańca”. Jak ktoś będzie chciał, to zawsze może sięgnąć do zszywki i przeczytać, czym żyła Praga i nasz Grochów. I po naszemu, po polsku. Świadek epoki, że tak powiem.

– Dokładnie tak. Oni teraz 25-lecie obchodzą.

– „Mieszkaniec”?

– No.

– Kiedy to minęło? Ale gazeta fajna, bez dwóch zdań. Taka nasza – o życiu, o tym, co się dzieje, o ludziach, taka i do tańca i do różańca. Czasem do pomyślenia, czasem do płaczu, innym razem do śmiechu. Jak my sami.

– To, co panie Eustachy – niech nam żyją! – Sto lat!

Szaser