Nasze Waterloo

– Kłaniam się panu Kaziowi szanownemu…

Eustachy Mordziak, witał swojego kolegę z niecodzienną galanterią. Zdziwiony tym nieco pan Kazimierz, bywalec bazarowy, wyciągnął rękę do zaprzyjaźnionego kupca tutejszego. Zaraz ją zresztą cofnąć musiał, bo maseczka niecnota w najbardziej nieodpowiednim momencie zsuwała mu się z nosa. Widząc to, pan Eustachy pospieszył z pocieszeniem:

– Już niedługo tej naszej udręki.

– Niedługo, to delikatnie powiedziane. Rok z okładem minął, jak pan premier zamknął kraj na dwa tygodnie.

– Faktycznie, to już ponad rok. Bo wie pan, ja kupiec jestem, pamięci do dat to nie za bardzo. Za to kasę policzę w try miga. I pamięć do liczb mam. O, na przykład, że wtedy pan premier wybory pocztowe ogłosił, to pamiętam jakby wczoraj, bo nas to na sto baniek z grubym okładem szarpnęło.

– A to też przecież rok, panie Eustachy. Już rok.

– Patrz pan, a ilu ludzi przez ten czas się zawinęło?

– Ponad pół miliona… Jak to możliwe, w tych czasach?

– Wiesz pan, jak tak sobie myślę prosto – jak wszystko było w normie, to jakoś szło. Kulało, ale do przodu w sumie. Ale jak przyszła zaraza, to w warunkach nadzwyczajnych okazało się, że król jest nagi za przeproszeniem. Przez to niejedna łza w niejednym domu spadła.

– Żal. Ale jak mówił poeta: Trzeba z żywymi naprzód iść…

– Mickiewicz?

– Nie. Nieważne. Zauważyłem panie Eustachy, że wam konkurencja rośnie. Cała Zamieniecka od Grochowskiej, aż do bramy bazaru, to jeden wielki stragan. Starzyzna, ciuchy – już nie z „drugiej ręki”, ale chyba z piętnastej, obrusy, jajka, warzywa, czosnek, jednym słowem wszelkie badziewie, jakie tylko można sobie wyobrazić. No i kupcy, nie powiem. Niektórzy od samego rana naprani, inni zaś dawkują pomalutku i dopiero pod koniec dnia nie za bardzo z chodnika mogą się podnieść.

– To chyba nie chodzi o jakąś higienę spożywania, za przeproszeniem. Za długo jestem w handlu, żeby w takie dyrdymały wierzyć.

– To o co?

– Normalnie, o kasę. Jest za co się zaprawić, to nie ma co czekać!… Chyba, że nie ma za co. Wtedy jeden pilnuje „towaru”: starych butów, latarek, narzędzi, sfilcowanych sweterków, obrusów, a kolesie krążą wokół niczym sępy. Papieroskami się dzielą, bo przecież nie każdy ma co zapalić, spierzchnięte wargi wysuszonym językiem próbują zwilżyć, okiem złym, głodnym, niecierpliwym toczą dookoła za kimś, kto kupi cokolwiek. A nawet niechby nie kupił, niechby tylko na piwo dał… Dobre i to. Może nawet najlepsze. Tak że jak był pan w tamtych stronach po południu, to było już Waterloo kończącego się dnia. Niedobitki.

– Raczej niedopitki, panie Eustachy. Ochotę by jeszcze mieli, ale siły wszelkie z nich uszły, bo je źle rozłożyli.

– To poniekąd jak z seksem Polaków.

– Znaczy?

– 90 proc. Polaków uprawia seks przed ślubem. Więcej niż po ślubie…

Szaser