Ballada chodnikowa

– Pan coś nie ten tego, panie Kaziu, czy mi się wydaje?…

Eustachy Mordziak jak zwykle serdecznie przywitał się z Kazimierzem Główką, emerytem, swoim stałym, bazarowym rozmówcą.

– Faktycznie, tak mnie jakoś naszło. Otarłem się…

– Autem? Którym bokiem – lewym czy prawym?

– Otarłem się o inną Polskę. Biedną. I tak mi jakoś nie bardzo…

– Gdzie? Niech pan opowiada.

– No więc, panie Eustachy… Warszawa, styczeń 2019. Ósma rano. Na jednej z peryferyjnych ulic Pragi ponad stumetrowa kolejka do dobroczynnej garkuchni po darmowy posiłek. Stoją ludzie w różnym wieku, samotni i parami, na ogół ubrani źle, byle jak albo marnie. Biednie, po prostu. Menele stoją obok biedaków schludnych, donaszających porządne niegdyś jesionki, kurtki i garnitury – zakłopotanych, zawstydzonych, że muszą tu stać. Żony z mężami, starsi, samotni mężczyźni, starsze, samotne kobiety. Nie podnoszą wzroku, nie rozglądają się na boki. Po ubiorze, po zachowaniu widać, że kiedyś mieli się znacznie lepiej, a przynajmniej na pewno jedli w swojej kuchni, ze swoich talerzy.

Na tej peryferyjnej ulicy Pragi człowiek nagle zdaje sobie sprawę, jak bardzo cienka jest granica między życiem normalnym a życiem w biedzie. Jak w gruncie rzeczy niewiele nas dzieli od ciepłego wnętrza szemrzącego samochodu do ogonka na chodniku smaganym zimnym wiatrem.

I powiem panu, panie Eustachy, że serce mi się ścisnęło, gdy to do mnie dotarło. I to jeszcze powiem, że nie rozumiem, dlaczego urządzanie dla biednych masowych wigilii czy wspólnego śniadania wielkanocnego, to powód do samozadowolenia? Przecież przy tych świątecznych okazjach przewija się przed naszymi oczami zupełnie inna Polska od tej, którą codziennie oglądamy na ekranach swoich telewizorów. Ona nie mieszka w apartamentowcach, nie jeździ „hybrydami”, nie rozmawia o hipsterce, tylko o tym, co dziś dają: krupnik czy kapuśniak…

A mimo to Polska zadomowiona na co dzień na peryferiach, w świąteczne dni pojawia się tysiącami w prime time. Polska bieda siedzi wtedy w karnych rzędach przy długaśnych stołach, czekając na posiłek. Zaledwie kilka lat temu ci ludzie chowali twarze przed kamerami. Teraz nie tylko twarzy nie chowają, ale jeszcze słowem chętnie zaświadczają, jakie łaski w wielkiej obfitości na nich spływają. Momentami mam wrażenie, że na moich oczach zrodziło się niepisane, ciche, bez słów, porozumienie między darczyńcami a odbiorcami darów: wy nas nakarmicie, a my imię wasze sławić będziemy. Ot, taka przysługa za przysługę – dobre słowo wypowiedziane do kamery za plastikową miskę z bigosem, za plastikową łyżkę i „Fantę” w plastikowym kubku. Tu, na bocznej praskiej uliczce, można uświadomić sobie, jak niewiele trzeba, żeby znaleźć się w ogonku ludzi biednych i przez biedę przymuszanych do godnościowych kompromisów.

– Fakt, panie Kaziu – wypadek, choroba, śmierć małżonka, redukcja zatrudnienia i już – jesteś po drugiej stronie.

– Piewcy nowych czasów często opowiadają, jak okropnie się żyło w PRL. Że wieczne kolejki, że ocet… Ha, ha, ha!… Nie da się zaprzeczyć, kolejki były zmorą codzienności. Zniknęły całkowicie dopiero, kiedy pan Balcerowicz z dnia na dzień podniósł ceny mięsa o kilkaset procent.

– Żebyśmy mogli rozpocząć „życie udane zamiast udawanego”. Tak mówił.

– Tylko, że po latach sam już nie wiem, panie Eustachy, co lepsze – zgrzebna sprawiedliwość społeczna, czy miłosierdzie bogaczy? Zwłaszcza z punktu widzenia człowieka z chodnika, który po prostu chce coś zjeść? Cokolwiek.

Szaser