Gorąca jesień

– Słyszał pan nowinę, panie Kaziu? – Eustachy Mordziak, kupiec bieliźniany z bazaru na pl. Szembeka zagadnął na dzień dobry swojego znajomego, Kazimierza Główkę, niby poważnie, ale z szelmowskim uśmiechem na ustach.

– Co takiego?

– Okazuje się, że rodzina to jeden mężczyzna, jedna kobieta i dzieci…

– A jeśli kobieta miała trzech mężczyzn, co, dajmy na to, jest urzędowo stwierdzone?

– Jak to?

– No z dwoma ma rozwód, a z trzecim wzięła ślub. W trzeciej ciąży zresztą.

– Z tym trzecim?

– Prawdopodobnie, bo wcześniejsze dzieci ma z poprzednimi… No i co – to nie jest rodzina?

– Pan, panie Kaziu, jest jak polityk jakiś, słowo daję! Wszystko pan tak skomplikuje, że od razu człowieka głowa zaczyna boleć.

– No nie, niech pan sobie tak nie bierze wszystkiego do serca. Jest też tak, jak pan powiedział: jeden mężczyzna, jedna kobieta i dzieci… To też się zdarza.

– Ogólnie daje się odczuć, że kadencja się skończyła i wybory idą. Gdzie się człowiek nie obróci, to jakiś plakat albo nawet kandydat. A już bazary, to nagminnie odwiedzają. Jakby to jakieś Cambridże były albo inne Stanfordy.

– Czyli co?

 – Nieważne. Uniwersytety takie. Sławne. Co ludzi pcha do tego Sejmu – sam nie wiem. Na co dzień, to psy na nim wieszają, aż gęsto. A jak przychodzi do wyborów, to każdy posłem chce być.

– Wujek koleżanki mojej Krysi też chciał być i, wystaw pan sobie, panie Kaziu, że go wybrali.

– I co robił?

– Nic… To może dlatego tak się pchają?… Najpierw krzyczą, że władza pławi się w luksusach, nieróbstwie i korupcji, pochylają się nad prostym człowiekiem, obiecują złote góry, a potem nalatać się tymi „Gulfstreamami” nie mogą.

– No, ale nie można, panie Eustachy, wszystkich mierzyć jedną miarą. Są tacy, którzy naprawdę się starają.

– To prawda. Jak ta nasza sąsiadka z bazaru. O, tam handluje.

– A co z nią?

– Przyszła dziś wściekła, jak osa. – Co się stało, pani Irenko, pytam. Ledwo się opanowała na chwilę: – Nic! Sześć miesięcy temu zapisałam się na siłownię i żadnych efektów nie widać. Zaraz idę tam osobiście i sprawdzę, co się dzieje.

– Panu żarty w głowie, a ja poważnie mówię.

– Poważnie? To niech pan powie coś dobrego o naszej służbie zdrowia. Był pan kiedyś na SOR-ze u nas, na Szaserów? Wie pan, ile się tam czeka?

– Bo ludzie tak się nauczyli, że tylko na SOR i na SOR zamiast normalnie iść do lekarza rodzinnego.

– Tak? A wie pan, że zapisów do specjalistów już praktycznie do końca roku nie ma. Teraz nawet rehabilitacje domowe najbardziej potrzebującym wstrzymują, bo nie mają pieniędzy. A jak będzie od stycznia – to ci dopiero zagadka!

– Jednak służba zdrowia ma i jasne strony. Temu pan nie zaprzeczy…

– Sam już nie wiem… Chyba, że jak w tym dowcipie:

– Przychodzi pani Salomea do doktora: Dziękuję panu za wspaniałe leczenie.

– Ale przecież ja nie leczyłem pani, tylko pani męża, szanownego pana Maurycego.

– Tak, ale ja po nim dziedziczę…

Szaser