Nauczyciel niestandardowy

Rozmowa z Łukaszem Ługowskim – twórcą i pierwszym dyrektorem Młodzieżowego Ośrodka Socjoterapii „KĄT”, polonistą, byłym hippisem, ikoną socjoterapii.

Choć Łukasz Ługowski mieszka na Ochocie, to przez znaczną część życia związany był (i chyba nadal jest) z prawobrzeżną częścią Warszawy. Na rozmowę umawiamy się w małym barze LIBO przy rondzie Wiatraczna. Po drugiej stronie ronda jest Dom Słowa Bożego (Grochowska 194/196). Tam w latach osiemdziesiątych XX wieku działał Szkolny Ośrodek Socjoterapii, z którym związany był Łukasz Ługowski. Wcześniej „SOS” funkcjonował w willi Granzowa na Kawęczynie. W 1992 r. mój rozmówca odszedł z „SOS”-u i założył „KĄT”. Najpierw na Targówku, a potem przeniósł ośrodek do Anina przy ul. Zorzy. „KĄT” działa tam do dziś. Funkcjonuje przy nim podstawówka, liceum i wygaszane gimnazjum. W ubiegłym roku Łukasz Ługowski, który był dyrektorem ośrodka, przeszedł na emeryturę.

Kadra i uczniowie przed SOS-em na Grochowskiej (1986 r.)

Panie Łukaszu, ponoć w działających przy „Kącie” szkołach, jak i samym ośrodku, obowiązują tylko trzy zasady…

Ograniczeń powinno być niewiele i muszą być jasno sformułowane. Wtedy wiadomo co jest zabronione i wiadomo, że wszystko inne jest dozwolone. Pierwsza zasada dotyczy wagarowania, które ma podobne podłoże psychologiczne, jak uzależnienie od narkotyków. Człowiek już idzie do szkoły. I jest przekonany, że do niej dojdzie. I nagle sobie uświadamia, że na przykład pierwsza jest fizyka i myśli: Nie, no na fizykę, to ja nie pójdę, bo jest nudna, albo jej nie lubię… Każdy powód jest dobry. I nie idzie na tę fizykę. A skoro już nie poszedł, to dlaczego ma iść na inną lekcję? To jest taki sam mechanizm, w którego tryby się wpada. Jedne wagary nie zaszkodzą. Podobnie jak wypalenie jednego jointa, czy wypicie jednego kieliszka alkoholu…

Czyli wagarować nie można?

Do „KĄT”-a często trafiają ludzie już z pewnym doświadczeniem, po przejściach. Nie da rady z dnia na dzień odstawić wagarowania. Dlatego dopuściliśmy, że w roku szkolnym można mieć 20 % godzin nieusprawiedliwionych. I ani promila więcej.

Uczniowie wykorzystują ten limit?

Ha, mieliśmy takich specjalistów, którzy osiągali wynik 19,9 %… Proszę spojrzeć, jak znakomicie ta zasada uczyła ich liczenia, w tym procentowego.

No i jak trzeba było się nakombinować żeby te nieobecności rozłożyć w czasie całego roku szkolnego…

No właśnie. To bardzo skomplikowane. Drugą normą jest niebycie w tym miejscu w stanie zmienionej świadomości. Chodzi o narkotyki i alkohol. Ale dotyczy to tylko tego miejsca. Jeśli spotkam ucznia w barze, a on tam pije wódkę, to jest jego sprawa. Trzecią rzeczą jest nieużywanie przemocy. Zarówno słownej, jak i fizycznej. Ale tu już nie ma granic terytorialnych. Jeśli dwaj Kątownicy polecą na księżyc i jeden drugiemu przywali, to ten, który przywalił wylatuje z ośrodka.

Wylatuje z automatu?

W „Kącie” nic się nie dzieje automatycznie. Nad każdym przypadkiem złamania normy siada kadra i dyskutuje. Są też tzw. zebrania kliniczne. Bez protokołowania, bo często mówimy o rzeczach bardzo osobistych, intymnych. I tematy, które poruszamy nie mogą wyjść na zewnątrz.

Oczywiście, normy obowiązują także nauczycieli…?

Tak. Zarówno te, o których wspominałem, jak i inne, dwie podstawowe. Pierwszą jest, że nie zamiatamy niczego pod dywan. A różne są sytuacje. Wie pan, ja prowadziłem ten ośrodek przez 25 lat… Jeśli na przykład bym miał romans z pełnoletnią uczennicą, to kadra by musiała o tym wiedzieć. I tylko wtedy możemy myśleć jak z tego wybrnąć. Drugą zasadą jest, że nie załatwiamy niczego pokątnie. Jesteśmy jednym zespołem. Świetnie to wszystko sformułował nieżyjący od miesiąca Artur Lutarewicz, którego po moim odejściu naznaczyłem na dyrektora „KĄT”-u. On powiedział, że tak naprawdę my wszyscy, kadra i dzieciaki, mamy równe prawa, ale jesteśmy w różnych rolach.

Bardzo to korczakowskie i piękne, ale zapewne może powodować, że łatwo wpaść w jakąś pułapkę…

My też mieliśmy trochę błędne wyobrażenie, wyniesione ze starego „SOS”-u. Weźmy na przykład, że jedziemy na wycieczkę. I kadra razem z uczniami wypija po jednym piwie. I nagle uczeń łamie nogę. I co? Przechlapane do końca życia…

Prokurator. Ale powiem Panu, że dla mnie, odbiegając od specyfiki pracy z „trudną” młodzieżą, to zasady na jakich nauczyciele jeżdżą na wycieczki, czy zielone szkoły są chore. Przecież w żadnym zawodzie nie jest tak, że zmusza się do pracy całą dobę, a tak wygląda odpowiedzialność opiekuna na wyjazdach, i to bez jakiegokolwiek dodatkowego wynagrodzenia…

I pan się dziwi, że nauczyciele nie chcą jeździć na takie wycieczki? A wie pan ile na takich wyjazdach wyłazi niespodziewanych rzeczy? Przecież, znamy to z doświadczenia, zarówno ja, jak i zapewne pan, że jak byliśmy uczniami, to na wycieczki się jeździło głównie aby się nachlać…

Cóż, wszyscy byliśmy kiedyś młodzi… Od roku jest Pan na emeryturze – ciągnie Pana do „KĄT”-a?

Bardzo za nim tęsknię, bo to nadal moje dziecko, ale im się nie wpieprzam. Tym bardziej, że nowa dyrektor, Daria Chmiel, ma bardzo trudne zadanie. Dyrektorowanie po tak charyzmatycznych osobach jak ja, czy Artur jest wyzwaniem. Przychodzę tylko zaproszony. I, mówiąc szczerze, czuję się trochę tak, jakby do liceum Prusa przychodził Prus…

Rozmawiał Adam Rosiński

Rok szkolny 88/89 (SOS ul. Grochowska 194/196)