Grażyna Szapołowska

Do dziś Grażyna Szapołowska z uśmiechem na twarzy i łzami w oczach wspomina rodzinny dom w Bydgoszczy przy ulicy Wyspiańskiego. Był zadbany i zawsze pachnący jej ulubioną babką kartoflaną pieczoną w brytfannie i surowymi ogórkami z miodem. A w centrum wszystkich wspomnień, do których aktorka często wraca pamięcią, stoi jej ukochana mama, Wanda. Kobieta pracowała w jednym z przedsiębiorstw i zajmowała się rodziną. Zawsze była autorytetem dla małej Grażynki. To właśnie na nią przelała całą swoją miłość, bo ojciec odszedł do innej kobiety, gdy miała 11 lat.

Pani Grażyna od najmłodszych lat miała swoje zdanie. Nie bała się podejmować decyzji i w pewnym momencie postanowiła, że swoją przyszłość zwiąże z aktorstwem. Po maturze wyjechała do Jeleniej Góry. Od szkolnego kolegi, którego ojciec był dyrektorem Teatru Dolnośląskiego dowiedziała się bowiem, że Henryk Tomaszewski będzie tam reżyserował „Legendę” Wyspiańskiego. Pomyślała, że zagranie u sławnego twórcy Wrocławskiego Teatru Pantomimy to byłby dobry początek aktorskiej kariery. Wtedy wszystko zaczęło.   

W maju 1973 roku zdawała do PWST. Znalazła się wśród 23 osób, które przyjęto na uczelnię. Maria Mamona, od 26 lat aktorka Teatru Współczesnego w Warszawie, od razu zauważyła atrakcyjną blondynkę o długich włosach. Zaprzyjaźniła się z panią Grażyną już w czasie praktyk robotniczych. Przez dwa lata mieszkały razem w akademiku Dziekanka, w 4-osobowym pokoju.

W 1977 roku pani Grażyna ukończyła Wyższą Szkołę Teatralną w Warszawie. Od razu po studiach została przyjęta do zespołu Teatru Narodowego. To również w tamtym okresie zagrała w „Czterdziestolatku” i „Lalce”. Nie mogła narzekać na brak propozycji. Reżyserzy kochali z nią pracować. Pewnie dlatego, że zawsze dawała z siebie sto procent możliwości. Była bardzo ambitna.

Na początku drogi aktorskiej wiedziałam, że muszę się przebić nie ze względu na urodę, ale dlatego, że bardzo tego chciałam. Miałam nosa do scenariuszy, szczęście do pewnych reżyserów. I jakoś poszło – wyznała po latach.

Na początku lat osiemdziesiątych doszło do przełomowego dla niej spotkania z Krzysztofem Kieślowskim. W 1984 roku zagrała w filmie „Bez końca”. Cztery lata później w „Krótkim filmie o miłości”. To właśnie ta rola przyniosła jej nagrodę Srebrnego Hugo na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Chicago. Bardzo szybko została okrzyknięta gwiazdą Kieślowskiego.

W sumie zdobyła dziewięć ważnych nagród na prestiżowych festiwalach. Z dnia na dzień stała się jedną z najbardziej rozpoznawalnych i rozchwytywanych aktorek. Nic nie wróżyło, że dobra passa kiedyś minie. Niestety stało się inaczej. Nie ominęły jej zawodowe problemy. Co gorsza, spadły one na nią nagle. W 2011 roku doszło do incydentu w Teatrze Narodowym, po którym została dyscyplinarnie zwolniona.

Wtedy też zrozumiała tak naprawdę, że praca to jednak nie wszystko. Chociaż nie da się ukryć, że w jej życiu zawsze obok kariery było miejsce na miłość. Mężczyźni ją uwielbiali i za nią szaleli. Pierwszy raz wyszła za mąż już na studiach. Niestety jej małżeństwo z Markiem Lewandowskim trwało zaledwie rok. Pierwszym, jak sama mówi – ważnym mężczyzną w jej życiu był drugi mąż, ojciec ich córki Kasi – Andrzej Jungowski. Niestety ta miłość również nie przetrwała próby czasu.

Aktorka poznała węgierskiego reżysera Karola Makka. To była szalona miłość, jednak nie zakończyła się sformalizowaniem związku. I po czasie ich uczucie wygasło. Pani Grażyna powtarzała sobie, że do trzech razy sztuka. Ostatnim mężczyzną jej życia miał być trzeci mąż – Paweł Potoroczyn. To dla niego zrezygnowała na pewien czas z kariery. Z wielkiej miłości przeprowadziła się nawet do Los Angeles. Zalegalizowała swój związek, który po pewnym czasie także zakończył się rozwodem.

Przez te wszystkie miłosne perypetie straciła wiarę w prawdziwą miłość. Jej punkt widzenia zmienił się, gdy na jej drodze pojawił się Eryk Stępniewski. Widać takie było jej przeznaczenie, bo jest z nim do dziś. Nie zawsze było kolorowo. Wielokrotnie się rozstawali, ale równie szybko do siebie wracali. Dzisiaj mieszkają w pięknym domu w warszawskim Wawrze. Często odwiedza ich córka pani Grażyny, Kasia z wnuczką Karoliną.

Moja wnuczka Karolina mnie odmładza. Ona daje mi to, co przegapiłam z Kasią, bo gdy ona była mała, nie miałam dla niej tak dużo czasu, jak mam teraz dla Karoliny. Zresztą, nie byłam tak dojrzała, żeby dostrzec mądrość dziecka, wynikającą z jego niewinności – wyznała szczerze.

Pani Grażyna zdaje sobie sprawę z tego, że jej relacje z jedyną córką były różne. Ma do siebie o to wiele pretensji i notoryczne wyrzuty sumienia. Czuje, że nie była dobrą matką.

– Omijała mnie teraźniejszość mojej córki. Kasia szybko rosła. Ja czekałam na ujęcie, a ona w tym czasie odkrywała rzeczywistość. W mojej pamięci brakuje wielu małych wspomnień jej codzienności – mówi aktorka.

Na szczęście czas leczy rany. Relacje pań poprawiły się i dzisiaj mają ze sobą świetny kontakt. A pani Grażyna jest szczęśliwa. Doskonale układa jej się w domu i w pracy. A jedyne, czego jej w życiu brakuje, to obecności ukochanej mamy. Tęskni za jej głosem, dotykiem dłoni i cennymi radami. Cały czas czuje też jej obecność. Ma wrażenie, że to właśnie ona prowadzi ją za rękę przez życie. Z tą myślą żyje jej się o wiele lepiej.