To nie tylko hobby, to styl życia…

Rozmowa z SQ5PTZ, czyli Piotrem Wiśniewskim sekretarzem 37 Oddziału Praga-Południe Polskiego Związku Krótkofalowców

– Panie Piotrze, wyobraźmy sobie, że ktoś jednym naciśnięciem przysłowiowego guzika wyłącza internet i wszyscy chodzimy jak dzieci we mgle. A Wy jesteście ostatnią deską ratunku na skomunikowanie się…

– Dokładnie tak jest. Przy kataklizmach, jak przejście huraganu Katrina w Stanach Zjednoczonych, trzęsieniu ziemi w Nepalu czy chociażby niedawno w Polsce, gdy wiatr powywracał drzewa w lesie i samochody nie mogły tam dojechać, to tam byli, często przypadkiem, krótkofalowcy z ręcznymi radiami. I to oni pierwsi nawiązywali łączność i przekazywali bezcenne informacje. W Nepalu na przykład nie mieli prądu po tym trzęsieniu ziemi, a wystarczyło, że krótkofalowiec dotarł do jakiegoś akumulatora, i wiedział, jak dorobić antenę, mógł nadawać komunikaty, które często ratowały ludzkie życie.

– Ok, ale taki przypadkowy akumulator może mieć małą moc lub być w znacznej mierze rozładowany…

– Wtedy komunikaty wysyła się za pomocą telegrafii. Pomimo najnowocześniejszych technik, cyfrowego nadawania, telegrafia wcale nie idzie w zapomnienie.

– Czyli telegraf nie umarł, jak się powszechnie sądzi?

– Absolutnie nie. W Stanach Zjednoczonych po Katrinie doszło do tego, że w każdym szpitalu jest agregat prądotwórczy zabezpieczony na potrzeby krótkofalarstwa i dwie, trzy osoby w szpitalu, które są przeszkolone, aby potrafiły w kryzysowej sytuacji nawiązać łączność.

W Polsce wśród Mazowieckiej Amatorskiej Sieci Ratunkowej jest już grupa, która udziela się w poszukiwaniu zaginionych osób w aglomeracji miejskiej. Jeśli ktoś zaginie nam tu, w mieście, to najprościej wziąć 30 krótkofalowców, wysłać ich w określony obszar i wyznaczyć drogę przejścia. Każdy z nich może mieć przy sobie nadajnik, odpowiednik GPS-a, i operator, który to koordynuje, dokładnie widzi, jakie rejony już zostały „przeczesane”.

– „Ja Wisła, ja Wisła, Grab słyszysz mnie?” – czy teraz łączność nawiązuje się tak samo, jak w czasach serialowych „pancerniaków”?

– Rozwój techniki umożliwił nam nawiązywanie łączności na różne sposoby, ale ta pokazywana w filmie „Czterej pancerni i pies” wciąż jest jednym z nich.

– Ponoć potraficie zrobić tzw. internet bez internetu..?

– Tak. Załóżmy, że w Warszawie nie ma internetu, ale mamy podłączone radio do komputera z odpowiednim oprogramowaniem. Piszemy na tym komputerze wiadomość. Ta wiadomość przez nasze radio jest wysyłana załóżmy do Grecji, tam wpada do komputera gościa, który ma internet i z jego komputera wysyłamy wiadomość do innych użytkowników w tej części świata, gdzie działa internet. I w ten sposób dajemy sygnał, że na przykład w Warszawie potrzebne są koce, bandaże, piły… Po prostu tworzymy internet tam, gdzie go nie ma.

– I jak już wspomniałem można założyć też, że nie ma prądu, ale nasi koledzy specjalizują się w tym, żeby mieć agregaty i alternatywne źródła zasilania. Chociażby baterie słoneczne, które są coraz bardziej powszechne.

– Co trzeba zrobić, aby dołączyć do grona krótkofalowców?

– Oczywiście trzeba mieć odpowiedni sprzęt. Można na to przeznaczyć kilkaset złotych, ale można też o wiele, wiele więcej… Każdy krótkofalowiec musi zdać egzamin w Urzędzie Komunikacji Elektronicznej. Chociażby po to, by miał podstawową wiedzę z przepisów bezpieczeństwa, żeby się nie poraził prądem, ani nie zostawił włączonej anteny w czasie burzy. Wiele dziedzin naszego życia wykorzystuje łączność – na przykład lotnictwo. Taki krótkofalowiec musi wiedzieć, na jakim paśmie, gdzie i z jaką mocą może nadawać.

– Macie jakiś nieformalny „kodeks honorowy”?

– Regułą jest, że wszyscy od początku do siebie zwracamy się per „ty”. No i mamy żelazną zasadę, że w połączeniach nie poruszamy tematów religii oraz polityki…

– A da się jeszcze nie poruszać polityki..? Co jeśli ktoś będzie miał już w samym znaku wywoławczym skrót PIS, PO, SLD…?

– (śmiech) To mu powiemy „pa, pa Oskar” i polecimy dalej. Ale oczywiście na świecie w gronie krótkofalowców jest wielu polityków, a nawet królów.

– Wspomniałem o znaku wywoławczym – wyjaśnijmy Czytelnikom, czym jest taki pseudonim.

– To unikatowy znak nadawany przez Urząd Komunikacji Elektronicznej. W tym znaku zakodowany jest kraj krótkofalowca, region, w którym działa i indywidualne sygnatury.

– Choć w nazwie Waszego oddziału figuruje Praga-Południe, to terytorialnie obejmujecie znacznie większy obszar – wszystkie dzielnice prawobrzeżnej Warszawy, prawda?

– A nawet więcej. W Warszawie mamy trzy oddziały – nr 25 w Śródmieściu, 73 jest oddziałem wirtualnym i nasz – 37. Kluby naszego oddziału, a mamy ich 13, są od Łowicza na zachodzie do Brańszczyka na wschodzie. Na terenie naszej dzielnicy działają, i to bardzo prężnie, aż trzy kluby – SP5POT, SP5PPK, SP5MASR oraz inicjatywa krótkofalowców „Radioreaktywacja”.

– Przy okazji różnego rodzaju wydarzeń robicie tzw. okolicznościowe stacje krótkofalarskie…

– Tak, i wtedy robimy łączność i przekazujemy, jaką okazję chcemy uczcić. W ten sposób ludzie w innych krajach dowiadują się, niekiedy pierwszy raz, o Warszawie czy Pradze Południe. Takie stacje robiliśmy m.in. z okazji 100-lecia przyłączenia do Warszawy Pragi, Saskiej Kępy i Gocławia czy takich wydarzeń, jak WOŚP czy EURO 2012. Każda nawiązana łączność jest potem fizycznie potwierdzana poprzez przesłanie specjalnej karty.

– Takie hobby, zresztą chyba jak każde inne, trochę odciąga od rodziny..?

– Możliwe, ale dla mnie jest najważniejsze, aby przez realizację mojej pasji rodzina nie ucierpiała. Bardzo o to dbam. A rodzina przyzwyczaiła się do charakterystycznych radiowych pisków i naszego slangu. I dla nas krótkofalarstwo nie jest tylko hobby. To po prostu styl życia…

Rozmawiał Adam Rosiński