Z OSTATNIEJ CHWILI

Miłość i futbol

– Wesoło teraz u pana… – Kazimierz Główka, emeryt zaopatrujący rodzinę na bazarze Szembeka, stwierdził oczywistą oczywistość, jako że cały plac targowy wypełniała łagodna, kojąca obyczaje muzyka. Stare szlagiery pieściły ucho.

Eustachy Mordziak, kupiec bieliźniano-damski, który trzymał stragan na placu targowym uśmiechnął się tylko.

– Mówisz pan o nim? – zapytał wskazując wzrokiem na stojącego po drugiej stronie, opartego o pawilon przysadzistego, smagłego mężczyznę. Jego indiańska twarz i proste, długie, sięgające niemalże do pasa kruczoczarne włosy spięte w koński ogon, skutecznie kamuflowały wiek. Chociaż z drugiej strony twarz była już naznaczona zmarszczkami, co razem kazało go lokować, jak to mówią – między 40 a 50-tką.

– Faktycznie gra ładnie. Znaczy się – CD sprzedaje. Przyjemne w słuchaniu, nie to, co te współczesne. Zastanawiam się nieraz jak długo on w Polsce mieszka, bo i Boguckiego puszcza i Gniatkowskiego – kto ich dziś pamięta?

– A ta kobitka, która koło niego stoi, to kto?

– Nie wiesz pan, jak to jest, panie Kaziu – gdy muzyka gra, to kobita raz dwa się znajdzie. One wszystkie na muzykę czułe są. Niejedna porządnego męża dla jakiegoś obdartusa z gitarą zostawiła.

– Coś mi się zdaje, że ona nie tylko na muzykę jest czuła. Tam od feromonów aż gęsto w powietrzu jest.

– Od czego?

– Od podniet, ogólnie.

– Faktycznie – miło rozmawiają. Widać dobrze im się ze sobą gada. Nawet trochę podobni są, bo ona też nieco przysadzista. Ale za to młodsza od niego co najmniej o dychę.

– Nie nasz, to ciekawość przyciąga…

– A propos nie nasz.

Spotyka się dwóch moskiewskich Żydów:

– Coś pan taki nie w sosie panie Mordka?

– Syn mi się żeni, panie Rabinowicz.

– To cieszyć się trzeba! Wesele będzie, będą wnuki… No, panie Mordka, głowa do góry. A pozwolę sobie zapytać, jak ma synowa na imię?

– Stiepan…

– To faktycznie, żydowskie imię nie jest…

– Powiem panu, panie Eustachy, że teraz na świecie tyle jest różności, a wszystkie na wyciągnięcie ręki, że niewiele już ludzi dziwi.

– Widział pan szwajcarską drużynę na mistrzostwach piłkarskich? Ilu tam rodowitych Szwajcarów było? Albo niemiecką – Sami Khedira, Mesut Ozil… Nawet w rosyjskiej „zbornej” gra niejaki Mario Fernandes – rodowity Brazylijczyk, a mimo to Rosjanin.

– Coś, co jeszcze wczoraj było „inne”, dziś normalne jest, „nasze”. A już takie imprezy jak mistrzostwa świata w piłce kopanej, transmitowane przez wszystkie telewizje świata, czynią z nas mieszkańców tej samej globalnej wioski. Każdy mecz oglądają ludzie i w Nigerii, i w Meksyku, we Francji, Australii, Hiszpanii, Islandii…

– … i u nas, na naszym bazarze. Chłopaki telewizor wystawiły przed budę – między kasze, i wio! W tych dniach klienci żadni nie są im potrzebni. Chyba, że też kibice. Powiedz mi pan, panie Kaziu, skąd to się bierze?

– Stąd, że w „nogę” każdy chłopak kiedyś grał. I każdy się zapowiadał, że ho, ho!… A propos takich pytań:

Żona patrzy z politowaniem, jak mąż drze się po zdobytej bramce, jak oczy mu z orbit wychodzą, gdy atakują „naszych”…

– Powiedz mi, co w tej piłce jest, że ludzie żyć bez niej nie mogą?…

Mąż na chwilę oderwał wzrok od telewizora, spojrzał na żonę z politowaniem i powiedział:

– Powietrze.

Szaser