Z OSTATNIEJ CHWILI

Kacowisko

– Oj, jo, joj! Ostro było panie Eustachy – oczy masz pan czerwone jak angora, nie przymierzając…

Pan Kazimierz Główka od razu i ze znawstwem ocenił stan, w jakim znajdował się jego kolega, Eustachy Mordziak, kupiec bieliźniany z pl. Szembeka. To musiał być kac-gigant!

– Pan się dziwi, panie Kaziu. Tyle przeżyć naraz? Słoń by nie wytrzymał.

– Nie bardzo rozumiem. Co takiego pan musiał przeżywać?

– Jak to, co? Jak to, co?! Po pierwsze piłkarze… Co ja mówię – piłkarze? Patałachy, dziady kalwaryjskie. Widziałeś pan, co oni zrobili?

– No, co zrobili? Przegrali. To tak pana zaskakuje?

– Owszem, bo wszyscy przecież mówili, że finał może nawet będzie. Dziennikarze sportowi mało orgazmu nie dostawali, gdy wypowiadali nazwiska: Lewandowski, Błaszczykowski, Bednarek…

– Dziennikarze byli, są i będą tacy sami. Dobrze wiedzą, z której strony chleb masłem jest posmarowany…

– Ale tu sztuka cierpi, moja dusza wyje! Z Senegalem przegrać? Panie, jak moja Krysia na mnie wtedy spojrzała, poszła do kredensu, przyniosła flaszkę i powiedziała: pij, ile chcesz… A potem jeszcze ta Kolumbia – z litości tylko trzy do jaja wygrali, bo jakby im się chciało, to i ze dwa razy tyle mogli nam nawrzucać.

– Panie Eustachy, ale przecież świat na piłce się nie kończy. Tu nam nie poszło, za to w innych dziedzinach wręcz triumfy święcimy.

– Tak? A w jakich, że zapytam?

– Na przykład w polityce.

– Na przykład, w jakiej?

– A choćby w międzynarodowej. O drace z ustawą o IPN pan słyszał?

– Co to mieli do więzienia wsadzać za mówienie o „polskich obozach śmierci”?

– O, to, to. To był panie Eustachy sukces. Frenetyczny! Frenetyczny!

– Ale jakoś Amerykanom to nie bardzo się podobało, że o Izraelu nie wspomnę. I o ile wiem, nasz rząd ostatnio się z tego biegusiem wycofywał. W parę godzin było po godności i „twardej obronie polskiej racji stanu” – że niby nikt nam nie będzie dyktował, co mamy robić. Okazało się, że znalazło się dwóch, co podyktowali.

– Nic pan nie rozumie. Ale, ile szumu na świecie narobiliśmy? Każdy o nas usłyszał.

– Jak o naszych piłkarzach. Takiego obciachu, to rzeczywiście świat nie widział.

– Mówi pan o ustawie czy o naszych orłach? Bo, jeśli o ustawie, to absolutnie nie masz pan racji. Sam pan premier powiedział onegdaj, że porozumienie z Izraelem w tej sprawie „daje nam więcej niż dziesięć najlepszych produkcji hollywoodzkich”.

– W kategorii „złote maliny” chyba. To zresztą tak, jak z piłkarzami – przez ostatnich 10 minut meczu z Japonią przestali grać jedni i drudzy – solidarnie. My – bo wygrana jeden zero wystarczała, żeby „uratować honor”, a Japończykom – żeby przejść do następnej rundy. I tak wespół w zespół, ręka w rękę, na oczach świata zarżnęliśmy pospołu istotę sportowej rywalizacji. Zaiste – sukces niebywały! Odtąd Polska będzie się kojarzyła z polsko-japońskim paktem o piłkarskiej nieagresji.

– Czepia się pan, panie Kaziu. Sport, to prawdziwa szkoła charakterów.

– Wie pan, to nie ja, to Stanisław Jerzy Lec wiele lat temu powiedział: – Niektóre charaktery są niezłomne, ale rozciągliwe.

Szaser