Z OSTATNIEJ CHWILI

Wielkie odkrycie rosyjskich uczonych

– Witam, panie Kazimierzu! No, doprawdy zaczynałem się już martwić o pana…

Eustachy Mordziak wołał w stronę zbliżającego się Kazimierza Główki, swojego kolegi, powiernika, kumpla po prostu, mimo że pan Kazimierz był tylko zwykłym klientem bazaru na pl. Szembeka. Kiwał na niego z daleka, przywołując do siebie, co tym razem miało też walor drogowskazowy, bo plac targowy od jakiegoś czasu, zwłaszcza w piątki i soboty, aż gęsty jest od straganów i niełatwo wypatrzeć stragan pana Eustachego.

– Niepotrzebnie, panie Eustachy, niepotrzebnie. Owszem, nie było mnie chwilkę, ale postanowiliśmy z małżonką ruszyć się troszkę za Warszawę. No, ale w końcu jestem i powiem panu – już po paru dniach głowa mnie rozbolała.

– Zmiana powietrza?

– Nie. Poczułem, że tonę w obietnicach wyborczych. Zalewają mnie, jak jakie tsunami. Jeszcze nigdy tak niewielu nie obiecywało tak wiele tak licznym.

– Co pan chce – wybory…

– Co ja chcę? Ja chcę, żeby mnie traktowano poważnie. Albo, żeby choć udawano, że się mnie traktuje poważnie. A tymczasem nic z tych rzeczy. Walą mnie na odlew – jak nie pajęczyną podziemnych połączeń metrem, to dziesiątkami nowych mostów, jak nie nowymi bazarami na każdej ulicy, to nową dzielnicą… Panie, co to jest!?… Co oni z choinki się urwali? Bujać to Szweda, a warszawiak się nie da!

– Wybory mają swoje prawa jednak…

– Że wybory, to znaczy, że ludzi za idiotów można mieć? Już dowcipy sobie opowiadają, bo ile można wytrzymać? O, dajmy na to taki.

– Jaki?

– No, taki: Kandydat na Prezydenta Warszawy złapał złotą rybkę. Ta obiecała spełnić jedno życzenie w zamian za wolność.

– Spraw rybko, żeby po mojej wygranej powstały cztery nowe linie metra w ciągu roku.

– A coś łatwiejszego?

– To spraw, żeby Legia zaczęła wygrywać.

– To na kiedy to metro?

…Gdzie pan jest? Pan Kazimierz stracił pana Eustachego z oczu.

– A, tu. Nie ma się co śmiać, to poważna sprawa jest.

– Jak lud się śmieje, władza truchleje.

Eustachy Mordziak podniósł się z krzesełka, na które opadł ze śmiechu.

– Rzeczywiście wzięło pana, panie Kaziu. Mnie już nie bierze, bo my mamy z tym do czynienia od miesięcy. Gadają tak, jakby dzień i noc naflitowani byli. A propos – to pan zna? Spotykają się dwaj faceci:

– Dokąd idziesz?

– Na próbę chórku.

– Co wy tam robicie?

– Gramy w karty, pijemy piwo, wódkę.

– A kiedy śpiewacie?

– Jak wracamy do domu.

– O, to, to. Jak oglądam tych kandydatów, jak słucham, czego to oni nam nie zrobią – i to już jutro, najwyżej pojutrze – to rozglądam się za jakimś alkomatem. Panie, skoro po pijaku jeździć nie można, to i politykowanie powinno być zabronione na bani.

– Tylko, jaką skalę zastosować. Przecież, jak ktoś ma 0,5, to nie zabronisz mu pan mówić. Za kierownicę wsiadać nie może, ale gadać może.

– Co mu ślina na język przyniesie?

– No, nie. Gadanie, co ślina na język przyniesie, powinno być zabronione od 2 promili. Bo wtedy człowiek bełkoce.

– Ale on wtedy jest z siebie najbardziej zadowolony. Kocha być elokwentnym. A wie pan, dlaczego oni tak się sobie podobają, panie Eustachy?

– No, dlaczego?

– Bo, jak odkryli rosyjscy uczeni, uzyskana z ziemniaków gorzała daje dużo więcej radości niż frytki.

Szaser