Z OSTATNIEJ CHWILI

Warszawę trzeba oddać warszawiakom

– Panie ministrze, to gdzie Pan teraz mieszka?

– W Wawrze, a mówiąc ściślej w Aninie…

– Uważa się Pan za warszawiaka czy nadal czuje się Pan opolaninem?

– Jestem warszawiakiem. Tak jak większość mieszkańców stolicy, którzy urodzili się gdzieś indziej, ale swoje losy – zawodowe czy prywatne – związali z Warszawą. Mieszkam tu z całą rodziną prawie od dziesięciu lat. Kiedy przeprowadziłem się do Warszawy, początkowo mieszkałem na Woli, potem krótko na Mokotowie, później w Wilanowie, a teraz w Wawrze i bardzo mi się tu podoba.

– Co takiego podoba się Panu w Wawrze?

– Głównie otoczenie – przyroda, bliskość Mazowieckiego Parku Krajobrazowego. Komunikacyjnie jest dość ciężko, ale mieszka się nam tam naprawdę dobrze.

– Określa się Pan czasami jako „słoik”?

– Zdarza mi się, choć prawdę mówiąc, nic w słoikach do Warszawy nie przywożę. Nie uważam tego określenia za obraźliwe. Bycie „słoikiem” może być nawet sympatyczne.

– Dał się Pan poznać jako szef komisji weryfikacyjnej do spraw reprywatyzacji. Jej powołanie rzeczywiście było Pana inicjatywą?

– Tak, to był mój pomysł. Po prostu zobaczyłem, jak wielka jest skala „złodziejstwa reprywatyzacyjnego” i jak bezradne wobec tego procederu są wszystkie państwowe instytucje. Nie poradziły sobie z tym sądy, samorządowcy, korporacje prawnicze. Kilkoro znanych adwokatów, sędziów i urzędników jest uwikłanych w aferę reprywatyzacyjną. Nawet rodziny warszawskich polityków z Platformy Obywatelskiej.

– Nie można było działać w oparciu o już istniejące organy i instytucje? Trzeba było powoływać do tego celu komisję sejmową?

– Doszedłem do przekonania, że kilku z przedstawicieli tych instytucji brało czynny udział w tym procederze i skala powiązań jest tak rozległa, że bez stworzenia nowej instytucji, zupełnie od podstaw, nie da się pozbyć tego problemu. Chodziło o to, aby w składzie tej instytucji nie było nikogo, kto mógł być uwikłany w proces reprywatyzacji. Na początku moje założenia były bagatelizowane i wyśmiewane, ale dzisiaj, gdy ujawniamy skalę patologii, już nikt się nie śmieje.

Na Jarmarku Floriańskim.

– Według Pana, który aspekt działań komisji jest ważniejszy: społeczny czy nazwijmy go ekonomiczny?

– Najważniejszy jest inny aspekt. Nazwijmy go państwotwórczym. Ten, który krok po kroku pokazuje kulisy, odkrywa przed obywatelami, jak do tego doszło, jaki był mechanizm tworzenia i funkcjonowania procederu. Ważne jest również pokazanie tragedii mieszkańców, którzy przeżyli koszmar reprywatyzacji.

– Jak Pan ocenia efekty pracy komisji?

– Przesłuchania przed komisją już przysłużyły się do skutecznych wniosków aresztowych i dzięki naszej pracy kilka osób znalazło się w więzieniach. Jeżeli chodzi o część śledczą już możemy powiedzieć, że komisja zdała egzamin. Te kwestie społeczne, czy jak Pan je nazwał, ekonomiczne są dodatkowym elementem. W III Rzeczypospolitej wszyscy się już przyzwyczaili, że jak ktoś coś ukradnie, to może czuć się bezkarny, najwyżej dostanie jakiś tam wyrok w zawieszeniu. Jednak tego, żeby odbierać majątki zgromadzone w wyniku przestępstw jeszcze nie było.

– Komisja śledcza trochę przesłoniła, zdominowała odbiór Pańskich działań. Przypomnijmy, że już wcześniej podjął Pan kilka ciekawych inicjatyw, choćby rejestr sprawców przestępstw na tle seksualnym.

– Szukaliśmy sposobu, jak walczyć z jednym z najokrutniejszych przestępstw, mianowicie z pedofilią.

Na spotkaniu z mieszkańcami Pragi Południe.

– Łatwo było stworzyć taką regulację prawną?

– Nie, wcale nie było łatwo. Szukaliśmy skutecznych rozwiązań na całym świecie. Znaleźliśmy takie w Stanach Zjednoczonych, gdzie podobny rejestr funkcjonuje. Obywatele słusznie obawiają się, że pedofil po odbyciu kary (w Polsce, w przeciwieństwie do Stanów, często ludzie skazani za tak ohydne przestępstwa wychodzą z więzienia stosunkowo szybko), nadal stanowi zagrożenie, a Państwo nawet ich przed tym zagrożeniem nie ostrzega. Rejestr pedofilów pełni zadanie prewencyjne. Chodziło o to, by ostrzegać ludzi przed ewentualnym zagrożeniem w okolicy ich zamieszkania.

– Rejestr od początku budził kontrowersje, a jak Pan ocenia jego funkcjonowanie?

– Na etapie tworzenia projektu ustawy te przepisy były bardzo krytykowane, podobnie zresztą jak w przypadku komisji reprywatyzacyjnej. Dochodził jeszcze aspekt praw przestępcy, które te uregulowania miałyby naruszać. Wychodzę jednak z założenia, że w takich przypadkach prawa ofiar powinny stać ponad prawami przestępców. Okazało się, że rejestr pedofilów jest sukcesem, bo nawet w przedszkolach i szkołach znalazły się osoby skazane za przestępstwa pedofilskie.

– Nikt przyjmując te osoby do pracy nie sprawdzał ich przeszłości pod tym kątem?

– Nikt. Po prostu nie miał wcześniej takiej możliwości.

– Inną pańską inicjatywą było wprowadzenie przepisów, które uniemożliwiały odbieranie dzieci rodzicom wyłącznie ze względu na słabą sytuację materialną. Co skłoniło Pana do zajęcia się tym tematem?

– Wielokrotnie media pokazywały, jak odbiera się rodzicom dziecko tylko dlatego, że rodzina jest biedna. To była plaga! Nie mieściło mi się w głowie, jak można na to pozwalać! Zapobieżenie takim praktykom było jedną z pierwszych moich inicjatyw w Ministerstwie Sprawiedliwości.

– Zapytam o skutek tej inicjatywy..?

– Mam dużą satysfakcję, bo w zeszłym roku pierwszy raz odnotowaliśmy zero takich przypadków, ani jednego odebranego dziecka! To jest wynik, z którego jesteśmy dumni. Ja i zespół ludzi, którzy to prawo tworzyli.

– Te dwie Pana inicjatywy, jak wspomniałem, trochę zostały już zapomniane i zdominowane przez komisję reprywatyzacyjną. Wracając do komisji, czy nie uważa Pan, że przez tyle miesięcy transmisji obrad komisji trochę ona spowszedniała?

– Wiadomo, z biegiem czasu zainteresowanie trochę spada, a część głównych mediów też pokazuje nasze posiedzenia w odpowiednim, dobrym dla nich kontekście. To dlatego, że część ukochanych polityków tych mediów jest osobiście zaangażowana w te afery. Jest grupa mediów i ludzi powiązanych z tym tematem i zrobią oni wszystko, żeby działalność naszej komisji zdewaluować. Ale my musimy robić swoje. Nie działamy dla mediów, ale aby pomóc ludziom.

– Często media przedstawiają Pana jako polityka Prawa i Sprawiedliwości, a Pan jest przecież w Solidarnej Polsce.

– Tak naprawdę, to dzisiaj nie ma to większego znaczenia. Wszyscy jesteśmy w obozie Zjednoczonej Prawicy i działamy dość harmonijnie.

– Z czego mogą Pana pamiętać opolanie?

– Trudno mi o sobie mówić, ale jako poseł wybrany z tego okręgu obiecałem między innymi, że zadbam o infrastrukturę drogową, która była zaniedbana od wielu lat, że wspomogę opolski sport i kulturę. I z tych obietnic udało mi się wywiązać. Na inwestycje na Opolszczyznę przeznaczone zostało miliard złotych. Za te pieniądze powstało pięć obwodnic, których wcześniej nie dało się zrobić, inwestowaliśmy w sport – hokej, piłkę ręczną i nożną, siatkówkę, która jest na bardzo wysokim poziomie. Zbudowaliśmy halę sportową lepszą niż w Warszawie. Udało się ściągnąć pieniądze na inwestycje kulturalne i dla organizacji charytatywnych. To, co obiecałem jako kandydat na posła, zostało spełnione.

– Jak wygląda dzień pracy ministra? Czy ten typ pracy bardzo odbija się na rodzinie?

– Ciężka praca od rana do nocy. Oczywiście, że się odbija. Mam jednak misję służenia innym ludziom i ta praca daje mi wiele satysfakcji. Poza tym mam bardzo cierpliwą i wyrozumiałą żonę.

Święto Saskiej Kępy

– Pozwolę sobie na pytanie osobiste. Macie państwo niepełnosprawnego synka. Czy Warszawa jest przyjazna rodzinom, które dotknęła niepełnosprawność?

– Zdecydowanie jest to miasto nieprzyjazne niepełnosprawnym i do wymiany praktycznie jest wszystko. Od transportu, poprzez dostęp do usług podstawowych, medycznych, rehabilitacyjnych, wczesnoprzedszkolnych, specjalistycznych, a na sporcie kończąc.

– Dlaczego myśli Pan o porzuceniu Sejmu i powrocie do działalności samorządowej?

– Dlatego, że uważam, iż Warszawa może być lepiej zarządzana. Że nie wykorzystuje swojego potencjału. Bo w naszym mieście jest tak, że Warszawa dysponuje budżetem wysokości ponad 17 miliardów, a rok do roku nie wydaje nawet miliarda złotych. Metro buduje się bardzo długo. Dwanaście lat to dziewięć kilometrów metra. To bardzo mało. W Madrycie taką długość wybudowano w cztery lata. Platforma obiecała, że w Warszawie w dwie kadencje wybuduje pięć mostów. Minęły trzy kadencje i wybudowali tylko jeden. Obiecali, że w dwie kadencje wybudują siedemnaście parkingów podziemnych. Minęły trzy kadencje – wybudowali zero. Obiecali, że zrobią porządek i zagospodarują plac Defilad. Dlatego siłą przeganiali kupców z KDT. Nic tam nie powstało. Możliwe, że kupców usunięto, bo tamte działki miały trafić w ręce mafii reprywatyzacyjnej. Warszawa jest w tej chwili miastem rządzonym przez grupy interesów, przez deweloperów. To miasto trzeba wyrwać tej grupie i oddać warszawiakom.

Rozmawiał Adam Rosiński