Z OSTATNIEJ CHWILI
Sprawdź imprezy w Twojej okolicy.Zaginął kot, zgubiłeś psa, portal „Mieszkańca” bezpłatnie info o tym da!* www.facebook.com/gazetamieszkaniec * ilość informacji ograniczona; osoby zainteresowane prosimy o kontakt telefoniczny 22 810-64-12

Warszawski sierpień

16 tys. osób – na tyle szacuje się liczbę poległych powstańców, a na 25 tys. – rannych (w tym 6,5 tys. ciężko). Straty wśród ludności cywilnej sięgnęły blisko 180 tys. zabitych. Ponadto podczas desantu i walk na Przyczółku Praskim zginęło około 2 tys. żołnierzy 1. Armii WP, tzw. berlingowców. To tylko suche liczby, ale za każdą kryje się osobisty dramat.

Fot. wikimedia.pl

Liczby przedstawiające straty robią wrażenie, a co z tymi, którzy jako ludność cywilna przeżyli piekło 63 dni? Ilu ich było? Trudno to oszacować, gdyż Powstanie wybuchło w czasie wakacji, a warszawiacy, mimo okupacji, jednak na wakacje jeździli.

W 1974 roku Państwowy Instytut Wydawniczy wydał czterotomowe dzieło zbiorowe pt. „Ludność cywilna w powstaniu warszawskim”. Dziś rzadko kto zagląda do tej książki. PRL, w którym została bowiem wydana, przedstawiany jest przeważnie jako okres, kiedy o Powstaniu nie wolno było mówić. Czterotomowe dzieło, z którego dwa tomy to dokumenty, a dwa to wspomnienia i relacje, zdaje się jednak temu przeczyć, dając świadectwo, że Powstanie było obecne we wspomnieniach warszawiaków niemal od chwil jego zakończenia. Wiele bowiem historii opublikowanych w tych tomach zostało spisanych niemal na gorąco po zakończeniu walk i kapitulacji Warszawy. Rozdział dotyczący Pragi nie jest obszerny, ale nie mniej wstrząsający niż te opisujące wydarzenia ze Śródmieścia, Powiśla, Mokotowa czy Woli.

Leokadia Chudziaszkowa opisuje np. to co działo się w Domu Zakonnym na Wileńskiej, do którego przybywali uciekinierzy niemal z całej Warszawy. Dom był pełen, a jednak, jak napisała autorka: „przed domem stała jeszcze kobieta z pięciorgiem dzieci z tłumoczkiem i pościelą na plecach aż z Wawra, bo tam też usuwali mieszkańców – dzieci spłakane i brudne”.

W znajdującym się na ul. Wileńskiej Domu Zakonnym księży Marianów uciekinierami opiekował się ksiądz Władysław Łysik ze zgromadzenia Ojców Marianów, który był dyrektorem działającej przy Domu Zakonnym placówki opiekuńczej dla biednych chłopców. Placówka, nawet w czasie Powstania, wydawała obiady ubogim. Bywało, że kilkaset dziennie.

Fot. wikimedia.pl

Autorka wspomnień pisze o tym, jaki ksiądz Łysik miał wpływ na mieszkańców: „gdy w moim domu strach mnie ogarniał, gdy już nie mogłam wytrzymać i znieść nalotów, uciekałam na Wileńską. Po kilku godzinach wracałam do domu uspokojona”.

Opisuje też niesamowity strach, który towarzyszył Powstaniu: „Pewnego dnia jakiś mężczyzna, uciekając, wpadł do klasztoru i ukrył się gdzieś w piwnicy. Za nim wbiegł Niemiec z rewolwerem w ręku. Plecami oparł się o ścianę, rewolwer wystawił do strzału i krzyczał, że jeśli nie znajdzie się ten, co się tu schował, wszystkich wystrzela. Wyszedł do niego nasz ksiądz, uspokajał i zapewniał, że nie wie, gdzie się tamten podział, ale to nie pomogło. Znalazł więc nieszczęsnego uciekiniera i wrzeszczał, że wszystkich wystrzela – widziałam jak ten mężczyzna sam wychodził, a za nim Niemiec. Nie mogę tego obrazu zapomnieć”.

Wspomnienia z czasów Powstania trudno wymazać. Bożena Falkowska-Dybowska, która miała wtedy 15 lat, była uczennicą gimnazjum i mieszkała na Saskiej Kępie. W spisanych w 1968 roku wspomnieniach opisała, że tego dnia poranek był deszczowy. Ojciec pożegnał się z nią, uprzedzając, że kiedyś wróci – kiedy zobaczymy. Bożena z mamą, mimo namowy kuzyna, zdecydowały się zostać na Saskiej Kępie, choć sugerowano, że w Śródmieściu będzie bezpieczniej.

Wybuch Powstania, którego przecież się spodziewała, wspomina jako pojawiające się tu i ówdzie strzały, na które najpierw nie zwróciła uwagi. „W parę minut później od strony Saskiej Kępy wydawało się, że cała Warszawa rozbrzmiewa strzałami. Rzuciliśmy się do okien i na balkony, tak jak i inni mieszkańcy okolicznych domów. Ulicą biegło dwóch mężczyzn z biało-czerwonymi opaskami na rękawach. Nie wiadomo, kto pierwszy powiedział, wszyscy zresztą i tak wiedzieli: Powstanie! Pierwszy raz po pięciu latach zawrzała otwarta walka z Niemcami. Ludzi ogarnęło wzruszenie i entuzjazm. Między balkonami krzyżowały się rozmowy i wykrzykniki. W tych pierwszych momentach wszystkim się wydawało, że po kilku dniach walki będziemy wolni”.

Autorka wspomnień opisuje wiele zdarzeń z czasu Powstania, m.in. angielski zrzut broni i amunicji dla powstańców, który zakończył się zestrzeleniem samolotu. Upamiętniający to wydarzenie głaz znajduje się dziś w Parku Skaryszewskim.

Głaz w Parku Skaryszewskim upamiętniający angielskich lotników zestrzelonych podczas zrzutu broni i amunicji dla powstańców.

Wspomina przybycie na Saską Kępę zakonnic z Międzylesia, które wraz z dziećmi zostały wysiedlone ze swojego zakładu. Kilkadziesiąt dziewczynek przez ponad tydzień mieszkało u różnych rodzin na Saskiej Kępie.

Opisuje też moment, gdy 15 sierpnia Niemcy rozpoczęli rewizję w domach mieszkańców. Kobiety i mężczyzn w wieku 15-60 lat (z wyjątkiem tych, którzy mieli pod opieką małe dzieci) wywozili transportami do obozów koncentracyjnych i obozów pracy. Ludzie mieli kilka minut na opuszczenie swoich domów.

Dla 15-letniej wówczas dziewczyny najstraszniejszy był los małych dzieci. Zwłaszcza w chwilach, gdy nadeszły najkrwawsze walki i mieszkańcy gromadzili się w piwnicach: „Zwykle ruchliwe, w piwnicy były bardzo spokojne, cichutkie, przez niekończące się godziny siedząc na kolanach matek”.

Brat Bożeny Falkowskiej-Dybowskiej, Krzyś, miał wtedy cztery latka. W pewnym momencie trafiła ona razem z matką i bratem do schronu na Zwycięzców: „W schronie było niesłychanie ciasno. Z trudem znalazłyśmy miejsce, gdzie w skulonej pozycji spędziłyśmy noc. Jakiś żołnierz, widząc, że mama trzyma na kolanach małe dziecko, zrobił mojemu braciszkowi miejsce na swoim posłaniu. Krzyś skorzystawszy z większej przestrzeni natychmiast zasnął. Przy każdym jednak bliższym wybuchu rzucał się przez sen. Niepokoiło to wyraźnie żołnierza, który wreszcie powiedział do mamy: – Niech pani przytrzyma nóżki dziecku, bo pod spodem są granaty”.

Fot. wikimedia.pl

To wspomnienia z prawego brzegu Wisły. Tu nie było eksterminacji ludności cywilnej, którego Niemcy dopuścili się na Woli mordując 150 tysięcy cywilów, w tym matki z dziećmi, starców i pacjentów szpitali. Nie było masowego palenia zwłok, które utworzyły kilkumetrową warstwę popiołu. A mimo tego robią wrażenie, bo dzieciństwo zabrane przez wojnę zawsze przeraża.

Scena z filmu „Miasto 44”, przedstawiająca małego chłopca trzymającego mamę za rękę, stojącego pod ścianą naprzeciwko żołnierzy niemieckich przygotowujących działko do strzału, przedstawia dramatyczne przeżycia tysięcy warszawskich dzieci.

Jednym z dzieci, które wraz z mamą czekały na rozstrzelanie, był nasz Redaktor Naczelny, śp. Wiesław Nowosielski, który w chwili wybuchu Powstania miał 9 lat… Wielokrotnie opowiadał o Powstaniu na łamach „Mieszkańca”, rozmawiał też z moim śp. ojcem Maciejem Piekarskim, starszym od niego o zaledwie 2,5 roku, który również przeżył Powstanie. Te traumatyczne wspomnienia i zniszczone wojną dzieciństwo towarzyszyło Im przez całe życie.

Małgorzata Karolina Piekarska

Newsletter Mieszkańca

Bieżący numer

Bieżący numer w .pdf

Nr 19 (693) ROK XXVII
Następne wydanie 26.10.2017

Archiwum wydań od nr 1/2006

Najnowsze artykuły

REKLAMA

Najczęściej czytane