Z OSTATNIEJ CHWILI

Wstyd mi Warszawo

Zatkało mnie, gdy ją zobaczyłem. Świat pełen jest pięknych dziewczyn, ale ta była szczególna. Nie będę jednak silił się, by ją opisać. Nie jestem poetą. Zatkało mnie po raz drugi, gdy posłuchałem, co mówi.

Ma na imię Rajel. Jest ciemnoskórą Polką. Od dwóch tygodni mieszkanką Warszawy. I właśnie wyjeżdża z powrotem do Krakowa, tam, skąd przyjechała. Ma dość wyzwisk, poszturchiwań, obrażania.

Słyszałem, że tak się zdarza, ale Rajel uświadomiła mi, że to dzieje się nie w jakiejś nieznanej, obcej „przestrzeni miejskiej”, tylko obok mnie, na ulicach, które znam, którymi chodzę. To dzieje się „nie w ogóle”, tylko jest na wyciągnięcie ręki.

Pierwsza o Rajel napisała Agnieszka Łabuszewska, właścicielka Cafe Kulturalna, w której zatrudniła się Rayel: „Dwa tygodnie temu przeprowadziła się do Warszawy dziewczyna. Dobra energia, uśmiech, inteligencja i chęć do pracy. Przyjęliśmy ją do Kulturalnej. Aha. Jeśli to dla kogokolwiek ważne, bo dla nas nie – ciemnoskóra Polka. Pół miesiąca wyzwisk w tramwajach i na ulicy, splunięć i wyzywania od »ciapatych« wystarczyło. Zwolniła się i wyjeżdża. Ludzie, ta fala podchodzi nam już pod drzwi”…

Zobaczyłem Rayel w TVN24. Okazuje się, że to, co ją spotykało, zdarzało również obok nas – na Grochowie. Rajel opowiadała, jak na bazarku na Wiatracznej chciała – tak jak inni, kupić i zjeść kiełbaskę.

– Na miejscu czy na wynos – zapytała handlarka.

– Na miejscu.

– Na miejscu nie ma… – Choć były, o czym zaświadczał klient zajadający taką kiełbaskę obok.

Albo scenka z biblioteki publicznej. Rajel chciała się zapisać, żeby móc wypożyczać książki. Pracownica biblioteki „dopadła ją” między regałami.

– Kto, skąd, czy ma dowód osobisty, czy ma polski paszport, czy jest Polką? Niech udowodni… Zupełnie nie jak w bibliotece publicznej, tylko niemalże jak w komisariacie na Grenadierów!

Słuchałem Rajel i czułem, jak policzki palą mnie ze wstydu. Pamiętam czasy, kiedy na Grochów zjeżdżali po wojnie chłopi z mazurskiej, lubelskiej, podlaskiej i kurpiowskiej biedy. Dziadkowie i rodzice dzisiejszych „rodowodowych warszawiaków”, „obrońców polskości”, „prawdziwych Polaków” byli zasmarkani jak dzieci Hutu, nosili spodenki na gołym tyłku, bo ich matki nie wiedziały, że dzieci noszą majteczki, nie mówili po polsku, tylko wyłącznie we własnym narzeczu… A jednak Warszawa przygarnęła wszystkich, nikogo nie odrzuciła, każdemu dała szansę. Czy to ciągle jest ta sama, moja Warszawa?

Marwit

foto: Rajel Matsili/tokfm.pl/archiwum prywatne