Wyzwolenie Warszawy

17 stycznia 1945 roku do zrujnowanej Warszawy wkroczyła 1 Armia Wojska Polskiego oraz 47 i 61 Armia 1 Frontu Białoruskiego. Cała tzw. „operacja warszawska” trwała od 14 do 17 stycznia 1945 r. Obie armie sowieckie, 61 działająca z przyczółka warecko-magnuszewskiego oraz 47 nacierająca od strony Modlina, uderzyły w kierunku Błonia, oskrzydlając Warszawę z północnego i południowego zachodu, tworząc tzw. kocioł warszawski, w którym znalazła się 9 Armia niemiecka. Na Warszawę bezpośrednio uderzała 1 Armia WP pod dowództwem gen. Stanisława Popławskiego. Walki o opanowanie miasta trwały zaledwie kilka godzin. Około godz. 15 ruiny stolicy oczyszczono z nieprzyjaciela. Jak opisywali to wydarzenie jego uczestnicy i świadkowie?


Upiorne „wyzwolenie” trupa miasta i upiorna defilada na jego cmentarzysku (…), ta defilada zwycięskich oddziałów maszerujących między dwoma milczącymi szpalerami widm. Wyległy one, niczym niema publiczność, na trybuny zwalisk i ruin, wzdłuż trasy przemarszu żołnierzy „warszawskiej operacji”. Widma chłopców i dziewcząt z AK, wmieszane w tłumy mieszkańców, którzy byli wraz z bojownikami Warszawy jej obliczem i duszą, uśmiechem, rozpaczą i strachem. (…) parada wyzwolicieli, którzy już nikogo nie wyzwolili.

Jeremi Przybora „Przymknięte oko opaczności. Memuarów część II”

Szliśmy ulicami miasta. Kłęby dymu spowijały szczątki rozbitych gmachów i unosiły się wzdłuż zawalonych gruzem ulic, przenikały przez rozbite okna do wnętrz, które cudem ocalały. 

Stanisław Popławski „Towarzysze frontowych dróg”

Pod jednym z domów blisko powstańczej barykady leżał niepogrzebany szkielet człowieka, niewielki, o drobnych kościach, zapewne jakiejś dziewczyny, gdyż na czaszce utrzymywały się opierające się rozkładowi długie blond włosy. Obok szkieletu leżał zardzewiały karabin, na kości prawego ramienia widniała obok strzępów odzieży biało-czerwona opaska z wyblakłym nadrukiem AK.

Władysław Szpilman „Pianista”


Ze straszliwie ściśniętym sercem brnę przez spiętrzone zwały lodu na Wiśle. Zimny wiatr gna nad Warszawą gęste ciemne chmury. Po pięciu miesiącach jestem w Warszawie. Solcem do Tamki. O radości, stoją bloki całych domów na Smulikowskiego, Czerwonego Krzyża. Tamka spalona, ale trzy domy obok Konserwatorium ocalały. (…) Słońce, które nagle wyjrzało zza chmur, ozłaca pogorzelisko Nowego Światu i do reszty spalone pałacyki w Al. Ujazdowskich. Ulica Wiejska poza kilkoma wyjątkami ocalała cała wraz z Hotelem Sejmowym. Drzewa w Alejach też stoją po dawnemu. W parku Ujazdowskim brak tylko gromad dzieci, bo nawet Neptun ocalał. Początek Kruczej spalony zupełnie, natomiast odcinki między Kruczą a Marszałkowska, Wilczą, Hożą, Wspólną są względnie całe. Mokotów obronną ręką wyszedł z pożogi i przedstawia się o wiele lepiej niż Saska Kępa.

Dodatek nadzwyczajny „Życie Warszawy”, 17 stycznia 1945

W celu zaprowadzenia należytego porządku w Warszawie wykonaliśmy, co następuje: 1. zorganizowaliśmy grupy operacyjno-czekistowskie mające za zadanie filtrację wszystkich mieszkańców zamierzających przedostać się na Pragę; 2. pracują grupy operacyjne, złożone z pracowników Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego Polski i naszych czekistów, mających na celu ujawnienie i zatrzymanie kierownictwa Komendy Głównej „AK”, „NSZ” i podziemnych partii politycznych; 3. w celu zabezpieczenia przeprowadzanych akcji operacyjnych został w Warszawie rozmieszczony i przystąpił do pracy 2. Pułk Pograniczny NKWD i 2 bataliony 38. Pułku Pogranicznego.

19 stycznia 1945 r. gen. Iwan Sierow pisał do Ławrientija Berii 


Na wieść, że Warszawa wolna, wysiedleńcy zapragnęli powrotu. Nie zrażeni faktem, że miasto nie istnieje, domy spalone i zburzone, spieszą przekonać się o tym na własne oczy. Niekończące się tłumy ściągają wszystkimi drogami. Wszelkimi możliwymi środkami lokomocji. Nikt nie wierzy, że można zrównać z ziemią milionowe miasto. Każdy się łudzi, że zamieszka gdzieś kątem. Że znajdzie chociaż ślady swego dawnego życia. Wielu, stanąwszy przed domem, z którego pozostała tylko kupa gruzów, odchodzi zrezygnowanych. (…) A jednak nie zrażeni niczym warszawiacy twardo zdecydowali, że stolica musi pozostać na miejscu. Z niesamowitą energią i przedsiębiorczością wprowadzają życie, które kipi z dnia na dzień z coraz większą werwą. Jest to gremialny i spontaniczny ciąg ludzi, którzy ukochali to miasto ponad wszystko, którzy solidarnie stanęli do walki o jego wolność i którzy wskrzeszają je wbrew wszelkiej logice. Niemcy postanowili, że Warszawy nie będzie. Warszawiacy temu zaprzeczyli.

Maria Ginter „Galopem pod wiatr”


Do miasta zaczęli ściągać Warszawiacy.


Warszawa wygląda strasznie. Widok, jaki ma się przed oczyma, nie da się opisać. Kępa jest tylko uszkodzona przez pociski artyleryjskie. Chałupa Mamy ucierpiała najwięcej. Najgorsze, że pod okiem wszystkich rozkradają, co się tylko da. Okna i drzwi już rozkradziono. Na co teraz kolej przyjdzie, trudno powiedzieć. Dom nie nadaje się zupełnie do zamieszkania. Najwięcej uszkodzony jest dom Wuja Józia. Chałupa Babci stoi. Tyle na razie o Kępie. Poza tym nie byłem jeszcze nigdzie. W domu pani Jaroszyńskiej wątpię, aby coś ocalało. Piwnice są opróżnione, a w jednej jest wykopany dołek, tak jak by ktoś coś odkopywał. W Warszawie tanieje. Słonina jak przyjechałem, kosztowała 380, teraz 280 złotych. Chleb ciemny 2 kg 60 złotych. Papierosy sprzedałem (na razie 300 sztuk) po 150 za 100. Teraz staramy się coś zorganizować, aby móc rozpocząć jakieś roboty przy odbudowie. Przyjadę prawdopodobnie nie wcześniej jak za jakieś 10 dni. Tyle tu jest do dokonania, a wiesz, Kochanie, jakie trasy trzeba robić. Zaraz po przyjeździe chciałbym Was zabrać do Warszawy. Najgorsze jest z drogą, gdyż marsz na piechotę od dworca głównego na Sadybę, do tego z bagażem, jest rzeczą niezwykle uciążliwą. Błoto na ulicach takie, że trudno sobie wyobrazić (dziś mamy drugi dzień odwilży).

Bronisław Piekarski, list z 14 lutego 1945 do rodziny wysiedlonej po Powstaniu do Częstochowy


Zgromadziliśmy się wokół dogasającego ogniska. Budyneczek, przy którym się ono paliło, był starą nastawnią kolejową. Ściany miał całe, ale we wnętrzu dogasał jakiś ogień. O wejściu do środka nie było mowy. Przycupnęliśmy na tobołkach. Za torami dostrzegłem dwa znane mi cylindry zbiorników gazowych. Byliśmy na Woli, na Dworcu Zachodnim, w tym samym miejscu, skąd wywożono nas przed sześcioma miesiącami. Błędne koło tułaczy zamknęło się… (…) z całą ostrością poczułem jakiś dziwny zapach, który nam towarzyszył od dworca. Zwróciłem na to uwagę ojcu. „To zapach zgliszcz i pogorzelisk”, wyjaśnił. Zapach ten towarzyszył nam potem przez wiele miesięcy.

Mimo że wokół były gruzy i zgliszcza, na ulicy panował ruch. W różne strony szli ludzie z torbami, plecakami, tobołkami, niektórzy ciągnęli obładowane sanki. Jechaliśmy kanionem wypalonych i zniszczonych domów ulicy Grójeckiej. Gdy zobaczyliśmy mur Zieleniaka, powiedziałem: „Ta sama droga, którą nas wygnano”. Skręciliśmy w Opaczewską, a następnie polnymi drogami wjechaliśmy w Rakowiecką. Tu ruch był jeszcze większy. Mijaliśmy dziesiątki przechodniów, furmanki, samochody wojskowe.

Wszędzie domy były wypalone. W murze otaczającym więzienie mokotowskie znajdował się olbrzymi otwór. Dojechaliśmy do rogu, skręciliśmy w Puławską, w kierunku Służewca. Spojrzałem na zajezdnię tramwajową: leżała w ruinie. Z domu, w którym mieszkali państwo Piotrowscy, pozostały szkielety wypalonych murów. Przy Puławskiej też domy były wypalone. U wylotu Rejtana tkwił na torach szkielet tramwaju. Koło kościoła Św. Michała skręciliśmy w Dolną. Ze względu na spadek drogi musieliśmy deską hamować tylne koła. Na wprost Konduktorskiej, po prawej stronie, dostrzegłem betonowe stropy jakiegoś budynku, zwieszające się płasko ku ziemi. Na rogu Chełmskiej minęliśmy na wpół rozebrane barykady i skierowaliśmy się w aleję Sobieskiego. Z lewej strony, spoza kościoła Św. Kazimierza, rysowały się kontury gruzów Domu Opatrzności Bożej. Na zakręcie torów kolejki wilanowskiej, koło fosy przy Forcie Legionów, znów resztki barykady. To ta, którą budował Jędrek. Zaraz za barykadą, po lewej stronie szosy, stał wrak samochodu. Dalej na horyzoncie widać było wypaloną kopułę kościoła czerniakowskiego. Wybojami ulicy Bonifacego zbliżaliśmy się ku Sadybie. Widoczny z daleka mur cmentarza czerniakowskiego posiekany był seriami broni maszynowej i odłamkami pocisków. (…) Jadąc Powsińską, zobaczyliśmy wreszcie nasz blok. Stał. Podziurawiony pociskami jak sito, bez dachówek, z połamanymi krokwiami, ale stał. Szkoła stanowiła stertę desek, z której wystawały dwa białe cylindry żelaznych pieców, ogrzewających niegdyś naszą klasę. Opuszczony fort i jego pusty dziedziniec pokryty lejami przypominał krajobraz księżycowy.

Wjechaliśmy na podwórko. Przed naszą klatką schodową, w miejscu, gdzie pogrzebaliśmy podczas powstania niemieckiego obergefreitra, widniał na wpół zasypany dół. Widocznie zabrali go Niemcy. Wrócił do swoich, tylko nie tak, jak o tym, biedak, marzył. Z prawej strony podwórka na mogile kobiety poległej w mieszkaniu państwa Krukowskich tkwił krzyż jak przed sześcioma miesiącami, a w głębi, pod zachodnim skrzydłem bloku, widoczna była mogiła babci Rossowskiej. Żegnały i witały nas groby.

Maciej Piekarski „Tak zapamiętałem”

Zebrała: Małgorzata Karolina Piekarska