Życie na krawędzi

Śledzenie niewiernych żon i mężów to norma, uprowadzenia, kradzieże, obserwacje. Praca prywatnego detektywa to jedna wielka przygoda, ale czasem też życie na krawędzi. Justyna Lipińska z Białołęki, o 10 latach pracy „pod przykrywką”.

Jak to się zaczęło? Dość przewrotnie, bo od nielegalnych wyścigów i oszustwa. W czasach Stadionu X-lecia amatorzy szybkiej jazdy spotykali się przy nim, pod osłoną nocy, by sprawdzić swoje umiejętności za kierownicą. Właśnie podczas jednego z wyścigów Justyna poznała Adama J., z którym zaczęła się spotykać. Namówił ją do zakupu mieszkań w okazyjnych cenach. Facet wziął pieniądze i przepadł. Okazało się, że nie ona jedna została oszukana, ale… finalnie ona jedna pieniądze odzyskała. Nie odpuściła. Zaczęła śledzić Adama J. Jeździła do jego rodziny, nie odstępowała go na krok. Kiedy doszło do sprawy w sądzie, na której oszust usłyszał wyrok, to on wystąpił z wnioskiem o zakaz zbliżania się.

Niedługo później dostała propozycję pracy w biurze detektywistycznym i pierwsze zlecenie. Było bardzo trudne, bo… w szpilkach.

Wyzywający strój, torebka z kamerą i w miasto. Stałam przed nowym kasynem i nagrywałam kto do niego wchodzi. Takie było zadanie. Po jakimś czasie podeszły do mnie dwie panny i burknęły: „ e, to nasz teren”. Odpowiedziałam, że czekam na męża, ale na niewiele się to zdało, bo po chwili pojawił się rosły pan. Na szczęście spacyfikowali go koledzy czuwający w samochodzie nieopodal. Akcja prosta, ale ciężka, bo nienawidzę chodzić w szpilkach – śmieje się Justyna.

Przez 8 lat pracy w agencji detektywistycznej prowadziła mnóstwo spraw dotyczących związków. Śledzenie niewiernych mężów i żon to najczęstsze zlecenia. Niestety dość często zdarzały się też sprawy związane z handlem ludźmi.

Mieliśmy sporo zgłoszeń o zaginięciach dziewczyn. Znajdowaliśmy je na terenie innych krajów, pracowały jako prostytutki. Pomagaliśmy im w powrocie do domów, chociaż bywało, że to zajęcie było ich świadomą decyzją. Poinformowanie o tym zrozpaczonej rodziny nie było łatwe – opowiada była detektyw i dodaje, że jedną ze spraw zapamięta do końca życia. – W Niemczech poznałam młodą Polkę. Szybko nawiązałyśmy kontakt, dziewczyna mi zaufała i opowiedziała swoją przerażającą historię. Do niemieckiego burdelu sprzedał ją… brat! Za 500 euro! Ona nie była nawet zła, ona była totalnie już zrezygnowana. Bała się nawet wracać do domu, bo historia wydawała się tak niewiarygodna, że sądziła, że rodzina jej nie uwierzy.

Justyna wróciła do Polski. Pojechała do rodziny poznanej dziewczyny i sprawa miała szczęśliwy finał.

Praca detektywa to jedna wielka przygoda. Zdarzało się, że akcja, która miała trwać godzinę, przeciągała się do kilku dni. Tak było podczas obserwacji biznesmena. Justyna jechała za nim, miał dotrzeć do domu, a zatrzymał się na lotnisku i… kupił bilet na Cypr.

Zleceniodawca poprosił, żeby kontynuować akcję, pokrył wszystkie koszty. Kupiłam bilet i poleciałam. Wróciłam razem z obserwowanym mężczyzną po tygodniu – opowiada i dodaje, że praca detektywa to czasem życie na krawędzi. Podejmowanie ryzyka, kontakty z półświatkiem, akcje, o których dzisiaj po prostu nie może opowiadać. Nie jest tylko zabawnie i ciekawie.

Klienci zdarzali się różni, np. przedsiębiorcy, których okradano i trzeba było ustalić np. kto i w jaki sposób wynosi z zakładu drogie części. Zdarzyła się babcia martwiąca się o wnuczki, bo ich rodzice wieczorami imprezowali, żona policjanta, który zdradzał ją z byłą dziewczyną księdza. Mnóstwo ludzi, multum przeróżnych historii.

Wiele spraw było z Norwegii. M.in. ta, która właściwie przesądziła o zmianie zajęcia.

Zatrudniłam się ze znajomą jako sprzątaczka w domu naprzeciwko kolesia, którego obserwowałyśmy. Traf chciał, że obok mieszkali Albańczycy, którzy handlowali narkotykami, bronią – przestępcy. Myśleli, że ich obserwujemy i nas zgarnęli, zrzucili do piwnicy i nasze losy stanęły pod znakiem zapytania. Uratował nas telefon. Zawsze miałam w majtkach kieszonkę, specjalnie wszytą w kroku na maleńki aparat, którego nie można znaleźć przy przeszukaniu. Zadzwoniłam do kolegów z firmy.

Wtedy po powrocie do Polski stwierdziła, że czas pomyśleć o tym, by spokojnie zacząć spędzać dni z córką. Zarabiać pieniądze tworząc coś, co kiedyś córka będzie mogła przejąć i od tego zacząć budować swoją przyszłość. Otworzyła salon makijażu permanentnego na Białołęce. Skąd taki pomysł? Podpatrzony na jednym z wyjazdów.

To idealne rozwiązanie dla kobiet, które chcą dbać o siebie i pięknie wyglądać, a w codziennym biegu nie mają zbyt wiele czasu. Sama spróbowałam i stwierdziłam, że warto podzielić się tym z innymi i zarobić przy tym pieniądze – mówi Justyna. Dlaczego akurat na Białołęce? Bo 18 lat temu tutaj znalazła swoje miejsce na ziemi. Cudowne miejsce z dużą ilością zielni. Wał wiślany idealny do długich spacerów z pasami, mieszanka ludzi i kultur z całej Polski. Fajni, uśmiechnięci sąsiedzi, którzy chętnie sobie pomagają.