Stanik
– Dzień dobry panie Kaziu. No i po lecie…
Eustachy Mordziak najkrócej jak można było opisał otaczający go świat bazaru na pl. Szembeka, gdzie zarabiał na chleb handlując damską bielizną.
– Narzekać nie ma co, panie Eustachy – odpowiedział Kazimierz Główka emeryt, domorosły filozof i myśliciel, kumpel pana Eustachego.
– I tak mieliśmy w tym roku raj na ziemi. Jak na jakiej Florydzie.
Panowie na chwilę musieli przerwać, bo do straganu podeszła młoda dziewczyna z chłopakiem. Oboje mieli na palcach błyszczące nowością obrączki:
– Kochanie, nie przesadzaj. Kup sobie ten staniczek, przecież na staniczek jeszcze nas stać.
– Nie, wiesz, jednak nie. Ten co mam jest jeszcze niezły.
– Ten Triumpha? Już półtora roku go nosisz. Naprawdę nie przesadzaj, kup sobie…
– Nie, nie. Spójrz, ile jeszcze rzeczy mamy do kupienia: włoszczyzna, kasza jęczmienna, wieprzowe na gulasz, jakieś owoce…
Poszli.
– Taka dziewczyna, to majątek. Rozsądna, oszczędna…
– Pozory, panie Eustachy, pozory. Ona mu ten stanik do końca życia będzie pamiętała. Przy każdej okazji będzie mu wypominała, że głupiego stanika jej pożałował. Że mu nie wstyd było, że ona w jednym półtora roku chodzi…
– Ale, przecież sama nie chciała!…
– Dla pozoru tylko. Że niby nie chce, ale tak naprawdę chce. Tylko, żeby on ją przymusił. Że ona oszczędna taka, a on na siłę stanik jej wciska – no, to co miała zrobić biedna? Musiała się zgodzić. Pod presją! Trudno, najwyżej gulaszowego by nie kupili, jajecznicę by zjedli…
– Ale? Jak?… Skąd pan wie, że tak by było? To młoda dziewczyna, kiedy miałaby się nauczyć takich sztuczek?
– Skąd wiem? Błąkam się po tym świecie kilkadziesiąt lat, to wiem. W tych sprawach, nie chwaląc się, jakbym jaką Sorbonę skończył. Są zasady. Który mężczyzna ich nie zna – ginie.
– Jak to ginie? Na amen?…
– Nie w sensie dosłownym oczywiście, ale poniekąd na amen. Chodzi o to, że ten młody już nigdy poważania nie będzie miał. Zawsze będzie dodatkiem – do palta, do kwiatów na imieninach u ciotki… A zwłaszcza będzie adresatem żalu za latami, które minęły. Uosobieniem wszelkiego zła, które w starość ją wpędziło.
– Uo… co?
– Nieważne. Ważne, że ten młody gość na pańskich oczach nagrabił sobie właśnie na całe życie. Tylko, że on o tym nie wie.
– I nie dowie się?
– Dowie się, oczywiście. Ona mu to wykrzyczy wielokrotnie.
– Tylko co?
– Tylko on umrze i nie zrozumie, o co chodzi. Ale z czasem jednego się nauczy na pewno.
– Mianowicie?
– Pierwszej zasady w tzw. starym małżeństwie: jak żona milczy, to jej nie przeszkadzaj… To pozwoli mu zachować jej obraz z młodości – kiedy była miła, powabna, piękna, zdrowa jak dojrzały owoc, kiedy nie pachniała Amolem, tylko amorem… Kiedy ją zobaczył i pokochał. Taką będzie ją nosił pod powiekami i kochał do końca swoich dni. Jej późniejsze gderanie nie będzie na to miało żadnego wpływu. W tej starej, wiecznie kwękającej pani będzie kochał jej młodość, swoją młodość i ich wspólne marzenia. Ale to już będzie tylko jego świat. Sentymentalny, nieco załzawiony, stopniowo, dzień za dniem osuwający się w przeszłość…
– Oj tam, oj tam… Panie Kaziu! Życie małżeńskie wcale nie jest takie zawiłe. Jak mnie moja żona prosi, dajmy na to o kawę, to ja się od razu pytam: – A jaką?
Ona na to nieskomplikowane przecież pytanie odpowiada:
– Chciałabym mocną, ale jednocześnie delikatną, która uczyniłaby piękniejszym moje wnętrze, otworzyłaby dla mnie świat pokusy, czułości i niepohamowaną moc…
– To może ja ci po prostu wódeczki naleję?…
– No, dobrze. Kieliszeczek…
I po co, panie Kaziu te wszystkie kombinacje? Szaser