Agnieszka Osiecka – MIESZKANIEC NR 13/1991

– Zgodziła się Pani na wywiad dla „Mieszkańca” pod warunkiem, że nie będę Panią namawiała na kandydowanie na posła. Niedawno bowiem z taką propozycją wystąpiła pewna partia, a Pani powiedziała, że nie wyobraża sobie siebie w Sejmie i nie ma predyspozycji do działalności politycznej. W wywiadzie z połowy lat 60. znalazłam wyznanie, że chciałaby być Pani posłem i reprezentować Mazury, by mieć swój udział w kształtowaniu rzeczywistości. Czy ta deklaracja wynikała z młodzieńczej fantazji?

– Kiedy to mówiłam, znajdowałam się pod bardzo silnym wpływem przyjaciół z Teatru STS, którzy dodawali mi skrzydeł i ośmielali mnie. Byli oni bardzo gorąco związani z Mazurami. Zaczęłam tam z nimi jeździć i nabrałam poważniejszego stosunku do Mazur. Dla mnie nie były to tylko pejzaże, jeziora, po których pływa się kajakiem czy łodzią, ale ludzie, tradycje walki o polskość tych ziem. Myślałam poważnie, żeby zaangażować się w działalność społeczną na Mazurach tylko dlatego, że byłam z przyjaciółmi, którzy chcieli sprawiedliwości dla starych Mazurów. Jestem istotą stworzoną do tego, aby grać tzw. drugie skrzypce. Nie nadawałam się, żeby coś robić samej i coraz mniej się do tego nadaję.

– W tym samym wywiadzie stwierdziła Pani także, że chciałaby być właścicielem prywatnego przedsiębiorstwa nagrań płytowych, by wpływać na produkcję w tej dziedzinie. Czy teraz podjęłaby się Pani tego zadania?

– Również nie. Na Mazurach nie mogę działać, bo moi przyjaciele rozjechali się po różnych kątach świata, a w biznesie – bo upłynął czas. O wspólnika do prowadzenia interesów jest łatwiej niż o przyjaciół. Niestety, przekroczyłam już 50. Jeśli Pan Bóg dał mi jakiś talent, a głęboko wierzę, że dał, to muszę z tym talentem jeszcze coś zrobić. Jeżeli dziś nie napiszę wiersza, bo mam zebranie klubu czy firmy, to okradam sama siebie z tego talentu, a nie ma już tak wiele czasu. Na dodatek piszę rano. Kiedy udzielałam tych wywiadów, mając lat 25-30, nie znałam siebie tak dobrze jak teraz.

– Od jak dawna mieszka Pani na Saskiej Kępie?

– Urodziłam się w tej dzielnicy. Tu, na ulicy Saskiej, chodziłam do szkoły powszechnej, a potem do nieistniejącego już wspaniałego żeńskiego gimnazjum im. Curie-Skłodowskiej na ul. Obrońców. I chociaż działo się to w latach stalinowskich, w naszej szkole panował nastrój starej przedwojennej pensji, ale bez zjełczałego konserwatyzmu i tej patynki starej szkoły, gdzie można się było tylko nauczyć gotować i modlić. Poziom nauki był w naszym gimnazjum bardzo wysoki.

– Czy lubi Pani tę dzielnicę?

– Nigdzie nie czuję się tak dobrze, jak na Saskiej Kępie i nie wyobrażam sobie mieszkania w innej dzielnicy Warszawy. Saska Kępa jest trochę podobna do małego miasteczka i do eleganckiej dzielnicy willowej, trochę do wioski, ale i trochę do miasta. Tu zawsze było dość elegancko, ale bez szpanu. Saska Kępa jest w dalszym ciągu w takim dobrym, wyciszonym stylu. Tu mieszkają rodziny, które się znają od lat i wszystko jest na ludzką skalę. Nie lubię miasta po tamtej stronie rzeki.

Starym saskokępiakom, do których należy moja mama, zarzucano konserwatyzm. Burzyli się bowiem przeciwko pewnej inwazji ludzi z Pragi zaraz po wojnie, potem, kiedy budowano dzielnicę w okolicach Brazylijskiej, mówili o niej „chamowo”. Istniał też pewien podział, jeżeli chodzi o bywanie w kawiarniach.

Cieszę się, że odbudowano Most Poniatowskiego, który jest jeszcze ładniejszy niż dawniej. Są z nim związane wszystkie trasy mojego dzieciństwa. Jako uczennica chodziłam na pływalnię po tamtej stronie Wisły. Kiedy zaczęłam dorastać i podobać się chłopcom, wielką atrakcją było dla mnie, gdy chłopak mówił: „odprowadzę cię przez most”. To znaczyło, że traktuje mnie poważnie, bo poświęca mi więcej czasu. Teraz też jest przyjemnie, gdy wracam na Saską Kępę przez most i widzę japońskie wiśnie przy Wale Miedzeszyńskim, nawet jeśli nie ma już tych chłopaków i emocji…

– Kiedyś powiedziała Pani, że pisze się Pani łatwo, ale żyje trudniej. Czy uważa się Pani za osobę szczęśliwą?

– Mam tzw. lekkość pióra. Życie sprawia mi więcej kłopotów niż pisanie. Nie uważam się za osobę szczęśliwą, ale za taką, która bywa szczęśliwa. Mam skłonności do tak zwanej czarnej melancholii. Często np. kiedy jest przede mną wspaniały dzień, psuję go sobie, bo rozpamiętuję jakieś nieszczęście sprzed trzech tygodni. Mam też kłopoty z organizacją dnia. Dla mnie jest ciągle aktualne powiedzenie Borysa Pasternaka: „Przebyć dzień to nie pole przebyć”. To są błahe problemy, ale dokuczliwe. W życiu nie można wykręcić się zupełnie od pewnych zobowiązań, które się wzięło na siebie, uciec od takich spraw, jak np. starzy rodzice, czy Polska, za którą wszyscy w jakiś sposób odpowiadamy.

– Co Panią najbardziej denerwuje w naszej rzeczywistości?

– Przeszkadzają mi „słomiane ognie”. Władze zachęcają do przedsiębiorczości, a ja widzę, że 3/4 tych przedsięwzięć, które się toczą dookoła mnie, stoi na bardzo niepewnych nogach. Czasami robię jakąś pracę i w jej trakcie dowiaduję się przypadkiem, że firma, która ją zamówiła, już nie istnieje. To samo dotyczy pośrednictw mieszkaniowych, biur podróży. Można powiedzieć, że to są koszty rewolucji i tak być musi, ale ja widzę w tym pewną niedobrą tendencję psychologiczną. Natomiast w moim prywatnym życiu rzeczywistość nie dokucza mi wcale. Wszystkie problemy, kłopoty stwarzam sobie sama. Chociaż panuje straszliwa drożyzna, mam nie za wielkie potrzeby. Córka wyjechała do USA, mama, z którą mieszkam, dostaje emeryturę, ja zarabiam, bo trochę moich piosenek gdzieś się jeszcze tuła i wychodzą moje książki. Mnie jako pojedynczej istocie żadna krzywda się nie dzieje. Przeciwnie – jestem pełna entuzjazmu dla tych wszystkich zmian w kraju, które się dokonują. Patrzę na Polskę jak na pasjonujący film. I muszę pani powiedzieć, że nie chciałabym teraz umrzeć, między innymi dlatego, bo jestem bardzo ciekawa, co będzie dalej…

Rozmawiała: Anna Sobczyk


Agnieszka Osiecka (ur. 9 października 1936 w Warszawie, zm. 7 marca 1997 w Warszawie) polska poetka, autorka tekstów piosenek, pisarka, reżyser teatralna i telewizyjna, dziennikarka. (Źródło: wikipedia.pl)