Chłopak z Gocławia

Rozmowa z Andrzejem Halickim, posłem na Sejm, byłym ministrem administracji i cyfryzacji.

Ostatnio mieliśmy okazję spotkać się w Parku Skaryszewskim, czy często odwiedza Pan Pragę?

– Mam do tej części Warszawy duży sentyment, mieszkałem 5 lat na Gocławiu. Jest tu wiele wyjątkowych miejsc. Kto chociaż raz nie robił zakupów na bazarze Różyckiego czy na słynnym i działającym do dziś Szembeku? Choć mieszkałem w różnych częściach naszego miasta, bo dość często się przeprowadzaliśmy, to nadal czuję się z Pragą związany. Do dzisiaj pamiętam smak rurek z kremem z Wiatraka. Z kolei przy Rozłuckiej, na sąsiednim podwórku, mieliśmy stary, zardzewiały tramwaj, który służył nam za ogródek jordanowski. Dalej za Kinową były pola, na których znaleźliśmy z Ojcem gniazdo zaskrońców – pamiętam do tej pory widok, jak wylęgły się młode. Z kolei na Turbinowej graliśmy z chłopakami w piłkę.

No właśnie. Słyszałem, że bliski jest Panu sport i że często można Pana spotkać na różnych wydarzeniach sportowych?

– To prawda kibicuję Legii Warszawa, w związku z czym często bywam na meczach piłki nożnej czy koszykówki. Jednak nigdy nie zapominam o tych mniejszych, można powiedzieć „dzielnicowych” klubach sportowych, z których kiedyś słynęło nasze miasto. Uważam, że w krajobrazie sportowym Warszawy brakuje potęgi tych mniejszych drużyn. Kibicuję nie tylko Legii, ale całemu warszawskiemu sportowi, który wymaga pielęgnacji i odbudowania nie tylko obiektów. Także jego znaczenia w życiu miasta. Drukarz, Orzeł, Hutnik, Ursus, Delta Okęcie, Sarmata, Skra, Olimpia, Spójnia… długo można by wymieniać nazwy klubów sportowych, bez których warszawski sport byłby o wiele uboższy. Dość powiedzieć, że niekiedy w polskiej pierwszej lidze piłkarskiej rywalizowało ze sobą po kilka warszawskich klubów. W koszykówce mieliśmy „Czarodziejów z Bielan”, czyli AZS-AWF, „Czarne Koszule”, czyli Polonię i „Zielonych Kanonierów” – Legię Warszawa. Te dodatkowe przydomki też pokazują, jak bardzo kibice żyli życiem swoich drużyn. Bo warszawskie dzielnice, także i Praga, zważywszy na liczbę mieszkańców, są przecież jak osobne miasta. Widzę jednak, że władze Warszawy i władze dzielnic rewitalizują obiekty sportowe należące niegdyś do tych klubów. Bardzo mnie to cieszy.

Słynie Pan również z zaangażowania w wiele działań społecznych, a w szczególności dotyczących zwierząt. Włączył się Pan w akcję „Adoptuj Warszawiaka”. Czy mógłby Pan powiedzieć coś więcej?

– Jest to akcja schroniska Na Paluchu. Od dłuższego czasu wraz z moją rodziną wspieramy to schronisko. Włączyliśmy się w akcję, która ma na celu, aby jak najwięcej bezdomnych zwierząt znalazło swój dom, ale nie tylko. Polega ona również na opiece nad tymi podopiecznymi schroniska, którzy jeszcze nie znaleźli swoich domów. Na tym, by pójść z nimi na spacer, pobawić się z nimi, by poczuły dobroć człowieka, zanim jeszcze znajdą swój dom. Ta akcja jest według mnie wzorcem tego, jak powinno się opiekować bezdomnymi zwierzętami. Jak można i powinno się szukać im nowego domu, ale jednocześnie dawać im ciepło i radość, zanim jeszcze znajdą swoje miejsce i swoją rodzinę.

Podpisał Pan także pewien dokument…

– Podpisałem deklarację „Vote for Animals”, która zakłada działanie dla dobrostanu zwierząt na różnych płaszczyznach. Zarówno domowych, jak i tych gospodarskich, których hodowla wciąż jeszcze polega na barbarzyńskim tuczeniu i faszerowaniu ich powodującą przyrost masy chemią. To zresztą jest także niebezpieczne dla zdrowia konsumentów. Na szczęście dziś częściej zwraca się na to wszystko uwagę. Edukacja postępuje i widać już jej efekty. Na przykład coraz więcej ludzi kupuje jaja z wolnego wybiegu. Od kur, które żyją normalnie, a nie ściśnięte w klatkach. Powstało nawet określenie „jaja od szczęśliwych kur”. Wciąż jest wiele do zrobienia, na przykład w dziedzinie okrutnego procederu hodowli zwierząt futerkowych, w którym Polska przoduje, bo kraje Europy Zachodniej zaprzestają już takich odrażających praktyk wobec zwierząt.

Domyślam się, że skoro tak bliskie są Panu prawa zwierząt, to ma Pan także jakieś zwierzęta w swoim domu?

– Mam przepiękne dogi, a ściślej – dożyce. Sześć wspaniałych suk, o których mówimy „córki”. I jest w tym coś prawdziwego, bo dog to taka rasa, że każdy waży więcej niż niejedno dziecko (śmiech). Mam też kota. Miłość do zwierząt jest u nas rodzinna, mój  syn ma  sunię, której już trzykrotnie groziła eutanazja, ale którą udało się uratować.           

Kończąc chciałbym zapytać, czy w najbliższym czasie będzie można Pana spotkać na Pradze?

– 25 maja będę uczestniczył w Święcie Saskiej Kępy, to nie tylko wyjątkowe wydarzenie, ale również szczególne miejsce na mapie Warszawy. Tegoroczne hasło święta „Jak dobrze mieć sąsiada” przypomina mi czasy, w których jako dziecko byłem wysyłany przez Mamę do sąsiadów po mąkę i cukier. Każdy w bloku się znał, dzieci wychowywały się razem, panowała wyjątkowa atmosfera. Mam nadzieję, że tego typu imprezy pozwolą nam zacieśnić sąsiedzkie relacje.

Dziękuję za rozmowę.

– Dziękuję i do zobaczenia na Saskiej Kępie. AS