Duńczyk, który żyje Pragą

Rozmowa z Jacobem Dammas – reżyserem pochodzenia duńskiego i producentem filmów dokumentalnych, potomkiem polskiej emigrantki, aktywistą społecznym dzielnic prawobrzeżnej Warszawy, współtwórcą Stowarzyszenia Praga360.pl.

– Niech „Mieszkaniec” naprawi „doktora Google” – w Internecie funkcjonują dwie daty Twojego urodzenia 1977 i 1979 r. Która jest prawdziwa?

– Żadna. Urodziłem się w 1987 r. w Kopenhadze, a nie w Damaszku, jak jeszcze inny wpis mówi [śmieje się]. Rodzina nosiła nazwisko Damaszek, ale gdy wyemigrowała do Danii, to je skróciła na Dammas. Żeby było łatwiej wymawiać.

– Wspomniałeś o rodzinie. Mama mieszkała we Wrocławiu i na przełomie lat 60-tych i 70-tych, na fali prześladowań ludzi pochodzenia żydowskiego, wyjechała z Polski?

– To prawda. Wcześniej rodzina mieszkała w Warszawie. W każdym razie moja mama studiowała we Wrocławiu medycynę i w którymś momencie presja ze względu na jej pochodzenie była tak duża – na jej ojca i brata również – że zostali zmuszeni do wyjazdu. Tamte wydarzenia spowodowały u mojej mamy wielką traumę. Na tyle silną, że gdy planowałem przyjazd do Polski, to nie była zadowolona – bo czemu jadę do kraju, z którego ona musiała uciekać!

– Ten wątek naszej rozmowy nie jest przypadkowy. Po pierwsze wyjaśnia nam dlaczego, choć masz polskie korzenie, urodziłeś się Danii, a po drugie wiąże się z leitmotivem Twojego pierwszego, obsypanego nagrodami na festiwalach filmu – „Kredens”…

– „Kredens” jest filmem o mojej drodze do Polski, do Wrocławia, w poszukiwaniu pozostawionego tutaj rodzinnego mebla. To był poniemiecki kredens, który przez dziesiątki lat stał w mieszkaniu tej kamienicy. Trochę metaforycznie wracałem, aby odnaleźć swoje korzenie. Chciałem poznać ludzi z tej kamienicy. Pojawiałem się w ich mieszkaniach, trochę jak niemówiący po polsku przybysz z kosmosu, i pytałem, czy pamiętają moją rodzinę i kredens, który stał u nas…

– Domyślam się, że po chwili wpuszczali Cię do domu i zaczynała się głębsza rozmowa… Czyli kredens był tylko takim punktem wyjścia?

– Tak, ludzie się otwierali i opowiadali różne historie. A ja, wtedy jeszcze telefonia komórkowa nie była tak powszechna, każdego dnia z tej samej budki telefonicznej, dzwoniłem do mamy, która nie wiedziała, że tworzę film, konsultowałem zasłyszane historie i wyciągałem od niej nowe fakty.

– A skąd się wziął sam pomysł osadzenia historii wokół kredensu?

– Opowiadał mi o tym meblu mój wujek. Mówił, że grali na nim w cymbergaja. Nie każdy dziś wie na czym polegała ta gra…

– W największym skrócie brało się monetę i dwie osoby stojące po przeciwnych stronach starały się ją przepchnąć na stronę przeciwnika za pomocą linijki lub grzebienia…

– Tak, tylko wtedy grzebienie były metalowe, co bardzo rysowało blat kredensu i za taką grę wujek dostawał straszny ochrzan. Z drugiej strony, mama też mówiła o kredensie, że to był najważniejszy mebel w domu. Opowiedziałem tę historię, jak byłem w Szkole Filmowej Andrzeja Wajdy i mój nauczyciel, Marcel Łoziński, podpowiedział, że to dobry motyw, na którym można oprzeć większą historię.

– To było dobre wskazanie, bo film został doceniony na wielu festiwalach…

– Tak, ale dla mnie najważniejsze, że ten film przemawia do młodych Polaków, którzy mogą identyfikować się ze mną, i dla których historia roku 1968 jest tak samo nieznana, jak była dla mnie wtedy.

– Poznaliśmy się kilka lat temu, gdy pracowałeś nad dokumentem, który ostatecznie nie powstał, o losach Targowiska „Rogatka”. Powiedz mi, ile czasu poświęcasz na dokument? Czy często się zdarza, że z zebranego materiału nie powstaje film?

– Cały czas czekam, aż powstanie nowy bazar, więc na razie trzymam wyjątkową dokumentację w szufladzie [uśmiecha się]. Tworzenie u mnie długo trwa. „Pomorskie iluzje”, 5 lat, a ostatni mój film…

W najnowszym filmie Jacoba bohater, Wiktor Kowalczyk (mieszkaniec Wesołej, uczeń szkoły muzycznej na Pradze Północ), przełamuje barierę intymności – symbolicznie wzlatuje modelami aeroplanów, aby być bliżej zmarłego taty. Foto: Wojciech Staroń

– …wtrącę, że mówimy o historii nastoletniego Wiktora, mieszkańca Wesołej, który chodzi do Szkoły Muzycznej na Kawęczyńskiej na Pradze Północ. Ten film, który wyprodukowałeś razem z Józefiną Jarmużewską dla Stowarzyszenia Nowe Horyzonty, był we wrześniu pokazywany w Kinie Praha, w ramach Festiwalu Kino Dzieci. To jeden z obrazów projektu „199 Little Heroes”, zbioru historii niezwykłych dzieci z całego świata. Trwa tylko 11 minut…

– …tak, ale nad tym dokumentem pracowałem rok, od spotkania z niemiecką autorką projektu Sigrid Klausmann i polskim producentem Maciejem Jakubczykiem, do premiery filmu.

– Faktycznie, bardzo długo. A jeszcze znajdujesz miejsce na lokalną działalność prospołeczną. Razem ze wspomnianą Józefiną, z którą jesteście parą, założyliście Stowarzyszenie Praga360.pl…

 

Rower Rzemieślniczy – jedna z inicjatyw Stowarzyszenia Praga360.pl

– Tak, zaangażowaliśmy się w obronę praskich rzemieślników. Takich jak cukiernik, Krzysztof Sierski, który blisko 50 lat działa w tym miejscu, a ma je opuścić w związku z przedłużeniem Trasy Świętokrzyskiej. Stworzyliśmy Rower Rzemieślniczy, urządziliśmy ogródek przy Targowej 18, wcześniej, na święta, ustawiliśmy tam choinkę… Teraz mamy pomysł, aby zrobić kampanię dotyczącą legalnego handlu ulicznego.

Choinka na Targowej 18.

– Na koniec wróćmy do filmu – którą z licznych festiwalowych nagród cenisz najbardziej?

– Oczywiście nagrody cieszą, bo filmów dokumentalnych są setki, a tych nagradzanych tylko kilka. Ale tak naprawdę najbardziej cenię moment, kiedy siedzimy po projekcji, jak na pokazie w Kinie Praha, i widzę, że mama Wiktora, on i ich rodzina są bardzo wzruszeni. Dla takich chwil warto żyć i tworzyć…

Rozmawiał Adam Rosiński

źródło – Internet