Ewa Szykulska MIESZKANIEC NR 8/1992

MIESZKAŃCY NASZEJ DZIELNICY

Ewa Szykulska (ur. 11 września 1949 w Warszawie) – aktorka telewizyjna, filmowa i teatralna.


– Tajemnicą poliszynela jest fakt, że zmieniła Pani profesję. Dlaczego?

– Zmieniają się kroje sukien, włosy jasnoblond z latami przyprószają się siwizną, zmieniają się ludzkie pragnienia i zainteresowania. Kilka lat temu odeszłam z teatru, bo znudziła mi się Szykulska – aktorka. Spróbowałam innego chleba. Zawsze miałam poczucie, że choćby i najlepsza recytacja wiersza jest znacznie łatwiejsza niż jego napisanie. Pisać nie potrafię, dlatego sprzedaję samochody. Gwoli ścisłości – od czasu do czasu bywam także aktorką.

– Jak w roli bizneswoman czuje się Ewa Szykulska?

– Dziwnie, bo nie jestem do końca przekonana, czy gram w dramacie klasycznym, czy we współczesnej farsie? Zaczęłam od importu używanych samochodów z Francji. W tej chwili rozszerzyłam działalność o sprzęt gastrotechniczny, tzn. „przemysłowe szafy chłodnicze, zamrażarki, kuchnie, zmywarki, piece do pizzy. Wszystko to, co potrzebne jest do nowoczesnego urządzenia zaplecza kuchennego kawiarni i restauracji. Ale dosyć trudno jest namówić młodych, początkujących restauratorów do kupienia u mnie np. znakomitego włoskiego ekspresu do kawy. Drogo – mówią – i dalej parzą kawę w szklance „po turecku”, albo używają starych maszyn odkupionych z państwowych kawiarni. Klient mało wybredny – mówią, a ja twierdzę, że do czasu. Majętny właściciel kilku dyskotek jedzie osobiście do Niemiec po jedną kostkarkę do lodu – bo trochę taniej! Za to bez serwisu i części zamiennych. Jeśli dodamy do tego ciągle zmieniające się przepisy celno-podatkowe, dowolną interpretację prawa – głowa pęka i chce się kląć.

– Jakie cechy charakteru trzeba posiadać, by osiągnąć sukces w biznesie?

– Proszę o to zapytać ludzi, którzy już sukces osiągnęli. Ja wrócę na chwilę do teatru. Na scenie próby bywają często bardziej interesujące niż gotowy spektakl, ale ocena należy ostatecznie do publiczności. W biznesie zaś sukcesy mierzone są całkiem prozaicznie – stanem konta. Ja jestem w fazie „prób czytanych” – ale kiedyś doprowadzę swoje przedstawienie do „premiery”.

– Czy dotychczasowy zawód uprawiany przez Panią do czegoś się przydał?

– Być może łatwiej mi, bo nie jestem osobą całkowicie anonimową. Ale popularność może za– równo pomagać w interesach, jak i przeszkadzać. Nie wszyscy muszą mnie lubić. W każdym razie przy załatwianiu interesów, przedzieraniu się przez gąszcz biurokracji nie próbuję dyskontować swojej „popularności”.

– Ostatnio coraz większe sukcesy „na swoim” odnoszą kobiety. Czyżby były sprawniejsze od mężczyzn?

– Czy nie ma cienia ironii w Pana pytaniu? Jeszcze kilka lat temu wiadomo było, że przewodniczącą Ligi Kobiet była zawsze kobieta, O paniach prowadzących własne sklepiki z ciuchami mówiło się pogardliwie – prywaciara. A dzisiaj wszystkie baby, które próbują coś zrobić – wydają niezłe pisma, prowadzą hurtownie i „salony mód” – są nazywane z europejska „bizneswoman”. Pochlebiacie nam panowie, jednocześnie śmiejąc się z nas trochę, ale tylko trochę, bo i wasz status biznesmena nie jest jeszcze całkiem stabilny, i także pachnie świeżością!

– Panuje opinia, że kobiety są twardsze w negocjacjach. Czy nie odbija się to na ich psychice? Mówi się nawet o maskulinizacji…

– Jeszcze się nie zmieniłam w „chłopo-babę”, bo nie zasypiam z gazetą przy telewizorze… Dalej natomiast dźwigam torby z zakupami, nawet śmieją się ze mnie z tego powodu, ale mnie to nie przeszkadza, Na pocieszenie powiem, że na tak idealizowanym przez nas Zachodzie kobiety, by dojść do sukcesów zawodowych, zdobyć prestiż i uznanie, także muszą ciężko harować. Mają nierówny start w porównaniu z mężczyznami i niższe od nich uposażenie. Myślę, że w tym naszym ogólnonarodowym rozgardiaszu, kobiety mają szansę na szybki start. A jak się panowie zorientują, będziemy już daleko i trudno nas będzie „wykopać”.

– Handluje Pani samochodami, a jakim wozem jeździ Pani sama?

– Oplem Vectrą. I tylko nim, chociaż czytałam w prasie, że używam dwóch samochodów. Opel jest świetny i bezpieczny, co ma istotne znaczenie przy moich długich podróżach.

– Wilka ciągnie do lasu… Ostatnio występowała Pani w Teatrze Żydowskim.

– Gram w sztuce „Prostytutki” Eugeniusza Priwieziencewa. Żeńka jest autorem, reżyserem i producentem tego spektaklu. Kiedyś razem pracowaliśmy w teatrze „Studio” Józefa Szajny, potem Zenia wyjechał do Francji. Ale jeszcze przed wyjazdem, kilkanaście lat temu próbował wystawić „Prostytutki” w Warszawie. Zaczęły się próby, ale niestety bogobojne cenzorskie ręce „zdjęły” sztukę. Teraz też nie było łatwo. Żaden teatr nie chciał zgodzić się na wynajęcie sali. Piętrzono przed nami trudności, o których już dziś nie warto mówić. Premiera odbyła się w grudniu 1991 r. w teatrze „Stara Prochownia”. Krytycy prześcigają się w pisaniu miażdżących recenzji, a przekorna publiczność zapełnia salę teatru „Żydowskiego”, gdzie obecnie gramy. Recenzenci czasem jednak zapominają o prawie prasowym i dlatego zdecydowaliśmy się jednemu wytoczyć proces o zniesławienie. A na razie gramy, nie tylko w Warszawie, jeździmy po kraju. Ostatnio na Śląsku grałyśmy spektakl dla półtora tysięcznej widowni…

– I zostawiła Pani interes bez opieki?

– Firma zostaje pod fachową opieką. Ja też mam swojego „rzecznika”. A co, mnie nie wolno?

– Oglądając się za siebie, jakie role wspomina Pani najsympatyczniej?

– Film „Dziewczyny do wzięcia” Janusza Kondratiuka, który nauczył mnie pokory wobec zawodu, a także „Wyznanie miłości” IIji Awerbacha, bo nauczył mnie być aktorką.

– Gdyby Pani miała do wyboru: albo wspaniałą rolę w filmie, albo w teatrze. Co by Pani wybrała?

– A jakbym Pana zapytała: jaką literaturę Pan preferuje. Usłyszałabym zapewne – dobrą. Lubię film. Z kamerą mam kontakt intymny. Scena teatralna daje powietrze, rozmach, możliwości wyrazistego szkicowania postaci.

– Wielu Pani kolegów uważa, że zawód aktora mogą uprawiać tylko fanatycy.

– Ponieważ nie znoszę fanatyzmu w jakiejkolwiek postaci, to stwierdzam, że te moje odejścia są z tym związane. Ale ponieważ nie lubię także odejść i rozstań, więc od czasu do czasu wracam. O babska konsekwencjo!

– Mieszka Pani w tej „gorszej” części Warszawy. Śmiem twierdzić, że akurat osiedle „Grenadierów” może uchodzić za niedościgły wzór dla tych „lepszych” dzielnic.

– Odpowiem anegdotką. Goście z Francji po obejrzeniu mojego osiedla stwierdzili: „O jakie ładne slumsy”. Ale poważnie – rzeczywiście, zaplecze handlowo-usługowe należy do wyjątkowych. Mieszkania są dość funkcjonalne. I na tym kończą się pozytywy. Ta część Warszawy cieszy się złą sławą. Mówi się, że mieszka tu tzw. element napływowy. Niestety, życie potwierdza tę smutną opinię. Zdarzają się napady, gwałty, rabunki. Młodzi ludzie włóczą się po osiedlu nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Szerzy się narkomania, pijaństwo i złodziejstwo. Jest to sytuacja, której nie wolno przyglądać się obojętnie. Próbowałam nawiązać kontakt z tą młodzieżą. Jednak indywidualne próby nic nie dają. Można założyć jednoosobową firmę – trudniej zmienić świat „jednoosobowo”. Złodziejaszek powiedział mi: „Kiedyś, jeśli się kradło, to nie u siebie. Dziś nie ma to znaczenia”. Kodeks złodziejski już nie obowiązuje. A może uzdrowi sytuację nowo powstała Straż Osiedlowa?

– Dziękuję za rozmowę.

Przemysław Michalski