Henryk Gołębiewski

golebiewski_H

„Stawiam na Tolka Banana”, „Wakacje z duchami” i „Podróż za jeden uśmiech” – chyba większość z nas pamięta te seriale. W latach 70. były prawdziwym hitem.

Nastolatki tamtych lat chciały być jak Karioka i wzdychały do Janka Cygana z bandy Tolka Banana. Młodzi aktorzy, którzy wzięli udział w tych produkcjach, z dnia na dzień stali się prawdziwymi idolami. O dziwo, prawie żaden z nich nie przedłużył dziecięcej aktorskiej przygody w dorosłym życiu. Wyjątkiem był Henryk Gołębiewski, który do dnia dzisiejszego nie narzeka na brak pracy w zawodzie i cieszy się ogromną popularnością. Jest chyba najbardziej znanym naturszczykiem w Polsce.

I kto by pomyślał, że odniesie, aż taki sukces? Nic tego nie zapowiadało. Pan Henryk urodził się w biednej rodzinie. Jego dzieciństwo nie było błogie i beztroskie. Rodzice ledwo wiązali koniec z końcem. Sprawy nie ułatwiał fakt, że był dziewiątym i najmłodszym dzieckiem. Po latach przyznał się do tego, że wychowywało go podwórko. Spędzał tam mnóstwo czasu. Jego ulubionymi zajęciami był berek na dachu, a także przeróżne pirotechniczne doświadczenia. Nikt nie był w stanie zapanować nad małym łobuzem.

Nie uczyłem się za dużo, bo wystarczało, żebym uważał w szkole. Miałem dobrą pamięć. Na przerwach rozrabiałem, bo nie mogłem usiedzieć w miejscu, a głowa pękała od pomysłów. A jak wracałem ze szkoły, to biegłem na podwórko –  wspomina z łezką w oku.

To właśnie na wspomnianym podwórku został zauważony przez reżysera Janusza Nesfetera, który szukał chłopców do swojego najnowszego filmu. Mały Henio od razu przyciągnął jego uwagę. Reżyser zaprosił go na zdjęcia próbne do filmu „Abel, twój brat”. A że Henio uwielbiał przygody, bardzo chętnie skorzystał z zaproszenia. Sprawdził się przed kamerą i dostał angaż. Wróżono mu karierę. Szybko przyszły nowe propozycje. Zagrał w popularnych serialach i filmach. Dostał szansę na normalne życie. Mógł przerwać złą życiową passę i wyjść z biedy. Czy pan Henryk z niej skorzystał?  Nie do końca. Jego życiowa droga była pełna wybojów. A przygoda z filmem zakończyła się w 1977 roku. Wtedy też rozpoczął poszukiwania swojej drogi. Skończył szkołę zawodową jako ślusarz narzędziowy i poszedł do wojska. Potem przez wiele lat pracował w brygadach remontowo-budowlanych. Nie tylko w Warszawie, ale i w całej Polsce. Przez osiemnaście miesięcy był też na kontrakcie w enerdowskiej elektrowni. Pracował również w Moskwie. Robił przeróżne rzeczy – malowanie, tynki, kładzenie gipsu, stawianie ścianek działowych. Niestety po drodze pojawiły się problemy z alkoholem. Świat filmu o nim zapomniał. Telefon milczał. Dopiero po dwudziestu latach przerwy dostał szansę od losu. Otrzymał propozycję zagrania w telewizyjnych produkcjach, a wszystko dzięki Andrzejowi Gudejce.

Gudejko spotkał mnie na ulicy i spytał, czy nie zagrałbym w filmie. Tak trafiłem do jego agencji. Byłem zdziwiony, bo minęło przecież tyle lat… Zapomniałem już niemal o filmie. Co prawda, od czasu do czasu oglądałem swoje role i trochę żałowałem, że to się skończyło, ale nie myślałem, że wrócę do grania. Gra w filmach to też coś wspaniałego. To, że spotykam różnych ludzi, że gram różne postaci, coś muszę z siebie dać, bardzo mi odpowiada – wspomina.

Aktor stanął na nogi. Zrozumiał, co jest w życiu ważne. Postanowił powrócić do aktorstwa, bo tak dyktowało mu serce. Cieszył się, że mógł zagrać m.in w „Plebanii”. A przede wszystkim w filmie „Edi”. To właśnie za rolę w tym filmie zdobył nominację za najlepszą główną rolę męską do Orłów w 2003 roku. Od tej chwili starał się tak prowadzić swoje życie, aby ponownie nie wpaść w dołek. Nie załamywał się, gdy czasem nie miał żadnych propozycji. Zrozumiał, że taka jest specyfika tego zawodu. Nauczył się z tym żyć. Nie bał się żadnej pracy. Bez wątpienia pomogły mu w tym jego umiejętności. Pan Henryk był bowiem złotą rączką. A wszystko robił dla ukochanej rodziny. Obiecał sobie, że musi zapewnić jej dobre i spokojne życie. Pan Henryk dość późno znalazł prawdziwą miłość. Jego żona Marzenna nie może się go nachwalić. Jest świetnym ojcem dla ich córki Róży. Potrafi zająć się też ogródkiem i ugotować coś pysznego dla swoich ukochanych dam. Mieszka z nimi na warszawskim Mokotowie. Rodzina jest dla niego najważniejsza.

Nie poprzestawiały mi się priorytety. Ja jestem człowiekiem, dziecko też jest człowiekiem. Co tu dużo mówić. Oczywiście, muszę się częściej poświęcać dla niej, ale czy to jest tak duża zmiana w życiu? Nie. Jest tak, jak było. Doszła tylko do nas malusieńka osoba, której trzeba poświęcić czas. Świat nie okręcił się dookoła i stanął na głowie. Biel była bielą i będzie bielą. Była zupa, było drugie danie, a teraz jest deserek. I ten deserek jest najsłodszy i najukochańszy. Muszę tylko bardziej się pilnować i mieć oczy dookoła głowy. Gdyby ona nie rozrabiała, nie wiedziałbym, że mam dziecko. Fajnie, że to dziewczynka. Chociaż jakby był chłopak, też byłoby fajnie – zdradził.

Pan Henryk jest realistą. Nikogo nie wini za swoje życiowe porażki. Wie, że czasem upadał, ale najważniejsze, że zawsze miał siłę, by podnieść się z kolan, otrzepać i iść dalej z podniesionym czołem. To chyba właśnie w tym podejściu tkwi jego siła.

– Cały czas pod górę, ale kto ma pod górę, ten w końcu wchodzi na sam szczyt – twierdzi pan Henryk. Poza tym ma świadomość, że dostał drugą szansę od losu i nie zamierza jej zmarnować, a wręcz przeciwnie… wykorzystać najlepiej jak to możliwe!