Kiedyś było jakoś inaczej…

Wielkanoc – święta, które tchną optymizmem i radością nie tylko z powodu wiosny. Dla katolików to najważniejsze dni w roku, a niewierzący podchodzą do tego czasu po prostu jak do polskiej tradycji: rodzinne śniadanie oraz lany poniedziałek.

Dzisiaj święta kojarzą nam się z zakupami, pospiesznym sprzątaniem i stołem uginającym się od pyszności (niestety, najczęściej kupionymi w marketach). Nikt nie ma czasu na celebrowanie tego wyjątkowego święta, a kiedyś przygotowania do Wielkanocy były niemal rytuałem, o czym opowiedzieli nam seniorzy z Domu Kultury na Pradze Północ.

Dom lśniący czystością

Jak wspominają, podstawową rzeczą były porządki. I nie mówimy o odkurzeniu czy wytarciu kurzu, a o generalnym sprzątaniu. Odsuwanie mebli, oczyszczanie każdego zakątka z pajęczyn, mycie podłóg i oczywiście okien. Konieczne było też wymuskanie na błysk luster i szklanych bibelotów. Wszystko musiało być gotowe tydzień przed świętami.

Dobra gospodyni ma sprzątnięte wszystko na niedzielę palmową – śmieją się seniorki i dodają, że celebracja Wielkanocy rozpoczynała się właśnie w tym dniu.

Kiedyś nie było gotowych symboli liści palmowych, którymi tłum witał Jezusa w Jerozolimie. Palmy wszyscy robili sami, najczęściej z gałązek wierzby z baziami i borowiny, po którą trzeba było wybrać się specjalnie do lasu. Inne pleciono z suszonych kwiatów i zbóż. Poświęcone w Kościele miały w domach honorowe miejsce.

Po zakupy na targ

Potem rozpoczynały się przygotowania do świątecznej uczty: planowanie, zakupy. Na wsiach podstawowe produkty były sprzedawane w tzw. sklepowozach. Były to małe sklepiki w samochodach, np. w żukach, które przyjeżdżały do najmniejszych miejscowości. Ale na większe zakupy trzeba było wybrać się na targ. Najlepiej do miasta, tam wybór był największy zarówno rzeczy potrzebnych do pichcenia, jak i odświętnych strojów, w których można było pójść na rezurekcję (msza św. o godz. 6 rano w niedzielę wielkanocną).

Koszyczek pełen symboli

W szykowanie uczty angażowały się całe rodziny. Bardzo ważnym momentem było poświęcenie pokarmów. W sobotę przedstawiciel rodziny szedł do kościoła lub do przydrożnej kapliczki. Przyjeżdżał ksiądz i święcił jedzenie w koszyczkach. Musiała w nich być kiełbasa, chleb, sól, chrzan, jajko, baranek. Dlaczego akurat taki zestaw? Chleb symbolizuje dobrobyt i pomyślność, a przede wszystkim przedstawia Ciało Chrystusa. Jajko – odradzające się życie, symbol zwycięstwa nad śmiercią. Sól to minerał życiodajny, dawniej posiadający moc odstraszania wszelkiego zła – bez soli nie ma życia. Chrzan – siła i krzepa. Nie zapominano też oczywiście o baranku, symbolu zwycięstwa życia nad śmiercią.

Nasi seniorzy wspominają o zabawnych momentach związanych z tym zwyczajem (a właściwie obrzędem katolickim).

Któregoś roku ze święconką „do krzyża” poszedł mój wnuczek. Po poświęceniu wrócił do domu i okazało się, że… koszyczek jest niemal pusty – zjadł wszystko po drodze – opowiada pani Ania.

Od czwartku do kościoła

Od czwartku obowiązkowe było uczestnictwo w kościelnych nabożeństwach. Każdy z dni Wielkiego Tygodnia był czczony inaczej, co pozostało do dziś.

W końcu nadchodził ten dzień – Wielka Niedziela, czyli Dzień Zmartwychwstania Pańskiego. Wszyscy wstawali wcześnie, by zdążyć na poranną procesję i rezurekcję. Potem zaczynała się wielka uczta.

Przy stole zasiadała cała rodzina. To było naprawdę wiele osób, bo zjeżdżali się wszyscy. Teraz już tego nie ma. A szkoda… – o tym aspekcie Wielkanocy mówią zgodnie wszyscy przedstawiciele starszego pokolenia.

Rodzinna biesiada

Oczywiście większość świątecznego menu stanowiły jajka, ale nie brakowało też pieczonego mięsiwa, białej kiełbasy i żurku albo białego barszczu. Obowiązkowe były ciasta – mazurki, makowce i serniki.

Pierwszy dzień świąt przebiegał w rodzinnej radosnej atmosferze. Owszem, zdarzały się małe niesnaski, kiedy biesiadnicy bez umiaru raczyli się trunkami, ale to wszystko miało swój niepowtarzalny klimat.

Poniedziałek natomiast był dniem, kiedy szczególnie panny wolały nie wychodzić z domu. Woda lała się strumieniami, zarówno z wiader, jak i strażackich węży. Największą radochę miały dzieci, których nikt nie upominał, żeby uważały na to, by nie zmoczyć ubrania. Takie obrazki bywały nie tylko na wsiach, ale też w mieście (dzisiaj jest to wykroczeniem).

Do dziś pamiętam wielkanocny poniedziałek, kiedy szliśmy z mężem i małym wówczas synem do kościoła. Tutaj, na Pradze, wyskoczyła zza rogu gromada chłopaków i wylali na mnie wiadra wody. Cóż było począć? Musieliśmy wrócić do domu. Wtedy jednak takie „akcje” miały inny wymiar. To nie było chuligaństwo, a zabawa – opowiada jedna z uczestniczek świątecznego poczęstunku, który odbył się 10 kwietnia w DK Praga. Mieliśmy okazję skosztować pyszności przygotowanych przez seniorów. To był naprawdę inny wyjątkowy czas (i smak, którego na pewno nie znajdziecie w żadnym markecie). Wesołych Świąt!