My, Polacy

„My, Polacy, jesteśmy inni niż reszta Europy. Ukształtowały nas zabory, lata niewoli i walki o wolność…” słyszy się w mądrych felietonach, w debatach telewizyjnych czy komentarzach na internetowych forach społecznościowych. To ma niby wyjaśniać wiele…

Przez wiele lat, podobnie jak większość Czytelników, przytakiwałam temu z szacunkiem i milkłam. Bo faktycznie, ta od kilkuset lat martyrologia… Nigdy nie zastanowiło mnie, dlaczego obraz naszej tożsamości narodowej budujemy na tych mrocznych i krwawych latach cierpień narodu, a nie na przykład na czasach, gdy byliśmy największą bodaj potęgą Europy („Polska od morza do morza” np. za Jagiellonów) albo gdy to Europa widziała w nas jedyny ratunek (Jan III Sobieski pod Wiedniem zdusił inwazję drapieżnego imperium tureckiego na kraje Europy). Kreujemy się na nację wyjątkową, której nikt nigdy nie zrozumie.

Ja tego wizerunku nie rozumiem, ale też coraz mniej akceptuję. Nie pasują do niego dumy naszego narodu – nobliści ani rzesze odkrywców, i nie mam tu na myśli tylko Marii Skłodowskiej-Curie czy Ignacego Łukasiewicza i panów od Enigmy (kto z Was potrafi wymienić choć jednego z nich?!). Chodzi mi o mnóstwo sukcesów polskiej nauki, techniki, medycyny i sztuki. To dziesiątki, setki nazwisk, często bardziej znanych poza granicami kraju niż tu. Mało się o nich pisze, bo nie pasują do wizerunku umęczonego, wiecznie nieszczęśliwego narodu.

Ja, szczerze mówiąc, nie czuję się specjalnie umęczona i nieszczęśliwa, mimo garbu martyrologii, który wciąż próbują mi  ulokować na plecach.

Czy naprawdę jesteśmy inni od pozostałych nacji europejskich? Ależ oczywiście!

Podobnie jak inni są Francuzi z ich specyficznym sposobem bycia, wspominaniem potęgi, którą byli (może nie kochają Napoleona, ale monarchia…), z wyjątkową kuchnią, z której są szalenie dumni.

Podobnie jak inni są hałaśliwi Niemcy, z ich „rubasznymi” żartami, Oktoberfestem i nieznośnym piętnem drugiej wojny światowej.

Podobnie jak Włosi, którzy żywo rozmawiając przy rodzinnym obiedzie robią wrażenie, jakby zaraz mieli się pozabijać. Mimo, że zwykle im się nie spieszy i potrafią żyć na luzie.

Podobnie jak skonfliktowani Hiszpanie, którzy do dziś nie umieją nawet  przyjąć słów do swojego hymnu, skomponowanego w roku  1770, mimo kolejnych propozycji tekstu. Ale zawsze komuś się nie podoba: od  kastylijskiego Madrytu  po katalońską Barcelonę.

Każdy naród jest inny, bo co innego go kształtowało. Nas, Polaków – na szczęście nie tylko martyrologia, zabory, Sybir…

Są powody do dumy. Są powody do radości!