Na prawo, na lewo…

Od dzieciństwa zastanawiałam się, dlaczego chodniki w miastach są proste i przecinają się też pod kątem prostym. Jak podczas wojskowej musztry: w prawo zwrot, w lewo zwrot. Oczywiście, zdarzają się małe wyjątki, lecz – podkreślam – małe.

Z czasem zrozumiałam, że chodzi o przejrzystość planu miasta, o jak najprostsze się po nim poruszanie i przemieszczanie z jednego miejsca w drugie, a także łatwe trafianie pod wskazany adres.

Te dziecięce rozmyślania były zapewne jedną z przyczyn, dla których sporą część wakacji spędzałam przemierzając z plecakiem kręte bieszczadzkie szlaki i to jeszcze na długo przed kontrowersyjną akcją harcerską „Bieszczady” i towarzyszącemu jej budowaniu na tych przepięknych, dzikich szlakach, betonowych i asfaltowych dróg, by turystom było „wygodniej”.

Gdzieś w nieodległej Szwajcarii był sobie duży park, jak byśmy u nas powiedzieli – „dziki”. W pewnym momencie miasto, zasobne bardzo i troskliwie dbające o obywateli tudzież turystów, postanowiło „coś” z nim zrobić. Można było na przykład tylko uporządkować teren, zrobić gdzie trzeba, nowe nasadzenia, usunąć gałęzie i drzewa niebezpieczne dla spacerujących, resztę pozostawiając naturze. Ten pomysł miał wielu zwolenników, którym w bardzo uporządkowanym mieście brakowało bliskiego kontaktu z nieskalaną przyrodą, drzewami, ptakami czy wiewiórkami żyjącymi w środowisku jak najbliższym naturalnego.

Ale podniosły się głosy, że kto to widział, że po deszczu nie dałoby się tam wejść, chyba że w sportowych butach, a nie zwyczajnych, miejskich, bo potem wstyd wracać do domu w zabłoconych. Robimy sieć normalnych, utwardzonych alejek, jak we wszystkich miejskich parkach, i basta!

To z kolei wzbudziło protesty, że oto powstanie kolejny, zabetonowany czy zalany asfaltem park, jakich wszędzie pełno, że straci swój walor dzikości i prawdziwej natury…

Zdania były podzielone, jak to w każdej społeczności i nieważne, jaki w końcu osiągnięto kompromis. Ważne, że można dyskutować merytorycznie, bez pieniactwa i obrażania się, a także z gotowością na to, że w końcu ktoś przegra, a ktoś inny postawi na swoim.

Ale oto inny przykład z tej samej Szwajcarii: urocze miasteczko Evian, nad samym Jeziorem Genewskim. Ulica jak każda inna, przy jezdni parkują samochody, lecz chodnik… jak z moich marzeń. Wije się naturalnie między starymi drzewami szanując to, że one były tu najpierw i że – chodnik chodnikiem – mają prawo być nadal. Bo czy zawsze, nawet spacerując, musimy maszerować na wprost i skręcać jak podczas musztry?

Chciałabym to zobaczyć tu, nad Wisłą…

żu