Kochajcie wróbelka!

Ptaszki warszawskie niejednokrotnie były natchnieniem poetów, na przykład Gałczyńskiego wróbelek albo wrony na moście Poniatowskiego, „na śniegu gwiezdnym”.

Dobrze, że ptaki są, bo przez ciepłe miesiące roku wydziobują owady, m.in. muchy i komary. Obserwując miasto na przestrzeni kilkudziesięciu lat zauważam, jak mocno zmienia się skład tej skrzydlatej gromadki. Na przykład jerzyki, żyjące w prastarych puszczach – Knyszyńskiej, Białowieskiej, ale też w wielkich miastach. Ich śpiewne, niegłośne okrzyki, gdy – podobne do jaskółek – szybują, polując o zmierzchu, to coraz rzadszy, acz miły akcent lata.

Z nostalgią wspominam rzadkie dziś wróble – spore gromadki można spotkać jeszcze w okolicy piekarń, np. przy ul. Stanisława Augusta czy na Bazarze Szembeka, gdzie pan, sprzedający kasze, ryż, susz na wagę, codziennie przygotowuje dla nich ziarna.

Nie przepadam za natarczywymi gołębiami, które rok w rok usiłują zawłaszczyć mój balkon (a także sąsiednie) na paskudne, okropnie pachnące domostwo dla nich i dla młodych, które wyklują się z jaj. Kilka lat temu „zagospodarowały” grubą warstwą odchodów cały balkon poniżej – nikt tam wówczas nie mieszkał. Brrr…

Tęsknię za czasami pełnymi sympatycznych wróbelków, jerzyków, synogarlic.

Mała Marysia, tydzień czy dwa po wizycie w Teatrze Roma spytała mamę: „Pamiętasz, jak byliśmy w teatrze, i były zwierzątka, i taka dziewczynka w niebieskiej sukience? Ja pamiętam! To była POLICJA W KRAINIE CZARÓW”.

Alicja, Policja… Cóż, nasza pamięć bywa zawodna, a dużą rolę odgrywają tu skojarzenia. Mnie ptaszki warszawskie kojarzą się zwłaszcza z wróbelkami, ich ćwierkaniem, żwawym uwijaniem się, furkotem skrzydełek. Młodsze pokolenie zapamięta raczej gołębie – dla jednych urocze symbole pokoju, dla innych – zawszone paskudztwo. Najmłodsze pokolenie niestety widzi głównie mewy, wrzeszczące w niebogłosy od świtu, co w lecie, gdy okna na noc są otwarte, jest nie do wytrzymania.

Każdy z tych ptaków je, a więc też wydala. Wróbelek – ptaszyna niewielka – nie czyni szkód. Ale kto otrzymał na płaszczu czy na samochodzie „pamiątkę” od mewy, biały placek czasem wielkości niemal schabowego ten wie, o czym mowa.

Ich odchody niszczą lampy uliczne, na których lubią przesiadywać (a pod lampami odrażające „wyspy” guano), ich pazury niszczą karoserie samochodów, gdy żrą tam, dziobiąc z siłą jakieś odpadki. Jak wygląda potem lakier? Kiepsko…

Czy można coś zrobić, by wróciły prawdziwe warszawskie ptaszki, zamiast rozwrzeszczanych, śmiecących ptaszysk?

żu