Ławeczka

– To co, panie Kazimierzu, zapraszam na ławeczkę… Eustachy Mordziak, kupiec bieliźniany z bazaru na pl. Szembeka, szerokim gestem wskazał swemu koledze, Kazimierzowi Główce, rząd nowiutkich ławeczek rozstawionych na placu.

– Panie Eustachy, teraz to pan ma tu prawdziwe luksusy, odpowiedział pan Kazimierz witając się z kolegą.

– Ja mam i pan ma. Niech pan sobie przypomni, kiedy na naszym bazarze było choć trochę podobnie do tego, co jest teraz.

– Faktycznie, ławeczek nie było. I to jeszcze na świeżym powietrzu, ale pod dachem! A tak wszyscy narzekali, jak ta budowa się ciągnęła.

– Taka ludzka natura, panie Kaziu. O, usiądziemy sobie, posiedzimy.

– Ogólnie – kulturka. Bez dwóch zdań. Jeszcze trochę, to nam z tej kawiarni, co ją na parterze, w holu, otworzyli, lody tu przyniosą. Niech mi pan powie, panie Eustachy, jak koledzy? Co teraz mówią?

– Znaczy się kupcy? Kupcy, to niemożebnie pomstują.

– Znowu? Pewnie tym razem na Angoli, że tacy wiarołomni?

– Nie, co to nas tu obchodzi? Zresztą Angole zawsze tacy byli – patrzyli tylko czubka własnego nosa. A poza tym, powiem panu, że nie wiadomo, jak by się takie referendum u nas skończyło. Ludziom tak teraz wiruje w głowach, że nie przewidzisz niczego.

– To, na co są wściekli?

– Rozeszło się mianowicie, że centrum ma handlować na okrągło – razem z niedzielami. To i bazar też. I to wszystkich wkurzyło strasznie.

– No, ale teraz wszędzie tak jest.

– Niekoniecznie. U Niemców nie ma. Oni w niedzielę mają zamknięte. I powiem panu, że Kaczyński znowu punkty zbiera, bo zapowiedział, że tę naszą niedzielną pańszczyznę ukróci. „Solidarność” to chce, żeby za handel w niedzielę nawet dwa lata groziło.

– Ja cię kręcę!… I o tym się teraz na bazarze mówi.

– O tym też. Jednak głównie o tym, że jakiegoś szaleństwa zakupów nie ma jednak. Ludzie dostali po pięćset na dzieciaka i nic.

– Zaraz, zaraz – przecież koniec roku był. Matki się na pewno wykosztowały. A to koszulę nową kup, bo chłopak ze starej wyrósł, a to sukienkę, a to na kwiatki się złóż dla grona pedagogicznego. Podobno kwiaciarze mieli urwanie głowy z tą forsą, co się im sypała.

– Może, może, ale tak ogólnie, na bazarze jako takim, to cudów specjalnych nie ma. Cuda, to panie Kaziu teraz w kurortach się zdarzają. Czas wakacji, czas zakochań, jak to mówią. Kto by sobie głowę zawracał polityką. To pan zna?

Hotel, recepcjonista zagaja do nowo przybyłej pary:

Urlop?

Tak.

A dzieci państwo posiadają?

Posiadają.

A to tym razem państwo nie zabrali?

Nie zabrali.

Tylko we dwoje? Romantyczny wypad!

Tak.

A kto został z dziećmi?

Żona.

– No, pięknie. I co na to pani Krysia?

– Na linii mąż-żona Krysia poczucia humoru nie ma. Zaraz coś tam odwarknie, przytnie, o śmiechu zapomnij człowieku. Ona myśli, że ja mogę wziąć zły przykład. Czasem to nawet bezwzględna potrafi być. Kiedyś spóźniłem się na obiad. Co prawda przyszedłem na drugą, jak było umówione, ale w nocy. Ona wściekła. No to, żeby rozładować atmosferę taki dowcip jej opowiedziałem:

Pijany facet wraca do domu. Żona zaczyna awanturę i wymownie

pokazuje palcem na zegarek. Na co on: – Wielkie halo! Zegarek! Jak mój ojciec wracał do domu, to matka na kalendarz pokazywała!…

– No i co?

– Co, co? Tydzień w stołowym spałem. Na wersalce.

Szaser