Matka matek

Rozmowa z Izabelą Dembińską – mamą dwójki dzieci, położną w Szpitalu Praskim, wykładowcą szkoły rodzenia, autorką książki „Ćwicz z położną”.

– Trudno mi to opisać, ale czuję, że funkcjonuje w społeczeństwie stereotyp położnej i jestem przekonany, że Pani go całkowicie burzy…

– Dlaczego Pan tak myśli?

– Widzę młodą, ładną, zadbaną kobietę, z pasją, bardzo przedsiębiorczą i aktywną na płaszczyźnie zawodowej zarówno w realu, jak i Internecie …

– Kiedyś na konferencji dla położnych przytoczono wyniki badań, opinie ludzi, jak wygląda położna. Okazuje się, że jest to starsza pani, grubsza, w trwałej ondulacji i musi tylko wykonywać polecenia lekarzy. Często też ludzie nie widzą różnicy pomiędzy położną a pielęgniarką. Nie postrzegają nas jako niezależne specjalistki, ale jako personel pomocniczy…

– Czyli miałem trochę racji. A jak to się stało, że wybrała Pani tę profesję?

– Studiowałam psychologię i okazało się, że te studia nie są tym, co sobie wyobrażałam przed ich rozpoczęciem. Dużo statystyki, wiele testów – zupełnie coś, czego nie chciałam robić. Gdy byłam na piątym roku i urodziłam córkę, to stwierdziłam, że jednak wybiorę położnictwo i będę pomagała innym mamom.

– Wyczytałem, że pomogła Pani kilku tysiącom mam…

– To prawda. Ale bardziej niż w samym rodzeniu, bo przyjęłam tylko ok. 100 porodów, pomagałam w przygotowaniu do porodu. I do tej pory cały czas się tym zajmuję – w przygotowaniu do porodu głowy i ciała.

– Córkę urodziła Pani jako studentka psychologii, a kilka lat później syna już jako położna. Czy z tego powodu te dwa porody różniły się w jakiś sposób?

– Obydwa przyjmowała moja mama, też położna. I powiem szczerze, że rodzić jako niepołożna było mi łatwiej.

– Bo nie znała Pani zagrożeń, jakie mogą spotkać rodzącą.. ?

– Chyba tak. Tym bardziej, że pierwsza moja praca była na patologii ciąży. To kontakty tylko z kobietami obciążonymi różnymi chorobami i widziałam z jakimi powikłaniami można się spotkać. I, mimo że nie należałam do tej populacji kobiet chorych jako ciężarna, to w głowie to wszystko zostaje i pracuje … Dlatego też kładę mocny nacisk, aby nie opowiadać traumatycznych historii z innych porodów. Tym bardziej, że przekaz porodu w naszym kraju jest dość martyrologiczny – kobiety są kształtowane w postawie, że to jest coś ciężkiego, trudnego i bolesnego.

– Założyła Pani firmę, w której prowadzi Pani treningi, warsztaty dla kobiet w ciąży i okresie połogu …

– Tak, do własnej działalności namówił mnie mąż. Ale też na podjęcie tej decyzji miała wpływ moja natura. Szpital jest jednak takim miejscem hierarchicznym, w którym nie da się być całkowicie niezależnym, a ja lubię pracę samodzielną. Ale też pracuję w Szpitalu Praskim, w którym odpowiadam za szkołę rodzenia. Tak, jak zmienia się Praga, tak też zmienił się Szpital Praski. Mamy piękny, bardzo kameralny oddział położniczy, dwie sale porodowe, zindywidualizowaną opiekę. Szpital jest nastawiony na wspieranie porodu aktywnego.

– A jak Pani pracuje z przyszłymi matkami?

– Przede wszystkim staram się im uświadomić, że urodzenie dziecka zależy tylko i wyłącznie od nich, a nie od położnych. My jesteśmy tylko dodatkiem, który czuwa nad bezpieczeństwem porodu. I że to, co kobiety czują przy porodzie, nie jest rzeczą, której należy się bać. Bo to jest trochę tak, upraszczając, że kobiety nie boją się używać ciała do seksu, ale boją się ciała rodzącego. A przecież to takie samo fizjologiczne zachowanie. Kobiety ćwiczą w okresie ciąży, ale tego efektu nie widać czasami później na sali porodowej. Chcę, aby ćwiczenia z okresu ciąży miały przełożenie na poród. Bardzo dużym problemem jest na przykład wydawanie dźwięków przez kobiety…

– Wstydzą się?

– Wstydzą. A poród jest takim zjawiskiem, że trzeba sobie pozwolić na odpuszczenie tych wszystkich zachowań, a wejść w instynkty. Myślę, że to, co robię przynosi pożytek i też mam taki feedback od kobiet, że do tej pory tego brakowało.

– Dla kogo napisała Pani książkę „Ćwicz z położną”?

– Dla kobiet i na potrzeby kobiet. Panie, które uczęszczały do prowadzonej przeze mnie szkoły rodzenia, często mówiły: weź to spisz na blogu lub w książce. Dałam się przekonać i stanęło na książce.

– Okazją do naszej rozmowy jest zbliżający się Dzień Matki. Macie jakiś rodzinny rytuał związany z tym świętem? Budzi się Pani rano i..?

– Nie, nie mamy jakichś specjalnych rytuałów. Uważamy, że takie święta jak Dzień Matki, Dzień Kobiety czy Walentynki powinny być każdego dnia. Córka ma już 12 lat i na pewno jakoś ten dzień będziemy celebrować, a młodszy synek zapewne przyjdzie do mamusi z laurką…

– Na co w kontaktach z dziećmi zwraca Pani największą uwagę?

– Na bycie z nimi tu i teraz. Na jakość spędzonego z dziećmi czasu, a nie na ilość.

– A co by Pani radziła, tak ogólnie, innym matkom, innym kobietom?

– Po pierwsze, żeby nie starały się być matkami idealnymi, ale po prostu dobrymi. Po drugie, żeby mówiły jasno i konkretnie o swoich potrzebach. Przede wszystkim mężczyznom, swoim partnerom. Mam wrażenie, że komunikacja w związkach, niestety, nieco kuleje. A jak to mówią: szczęśliwa mama, to szczęśliwe dzieci …

Rozmawiał Adam Rosiński