Muśnięcie jesieni

– Coraz piękniej u pana – powiedział z niekłamanym podziwem pan Kazimierz Główka, witając się ze swoim kolegą Eustachym Mordziakiem. Rzeczywiście pan Mordziak, kupiec bieliźniany, siedział, jak jaki król, przy kolorowym straganie obłożonym elegancką damską bielizną. Za nim szklana ściana nowej galerii, wysoko nad nim szklany dach – cud, miód, ultramaryna…

– Faktycznie, nie można narzekać. Jedynie, to, że ludzi mało.

– Daj pan spokój, w ostatni weekend, to tłum był. Nawet stragany z niespotykanym asortymentem dla koneserów widziałem. „Starocie” – wyobraża pan sobie! Stara porcelana, stare lampy, radia, jakieś obrazy.

– Powiem panu, że ludzie lubią takie rzeczy. Szczerze mówiąc, nie rozumiem dlaczego?

– Bo ludzie lubią podglądać bliźnich. Jeśli pan bierze do ręki taką starą lampę, to tak, jakbyś pan podglądał pierwszego właściciela… Może on siedział z książką koło tej lampy i czytał. A może to była jakaś babcia, która szydełkowała serwetki na wyprawę dla wnuczki… Jak pan bierze taką lampę do ręki, to tak, jakby pan brał kawałek cudzego życia. Albo obraz – wyobraża pan sobie, gdzie on wisiał: w przedpokoju, może w sypialni?… Nie – przedstawia wazon z kwiatami, to pewnie wisiał w salonie. Znaczy ci, którzy go kupili, mieli salon. To jakieś lepsze państwo musiało być. Może i fortepian mieli?…

– Panie Kaziu, pan to książki powinien pisać. Tak mnie pan wciągnął, że autentycznie zasłuchałem się. Ale tu bazar jest, tu trzeba sprzedać i zarobić.

– A propos sprzedać – zauważył pan? Śliwki się pojawiły.

– No, to co?

– No to, to, że jesień ante portas.

– Gdzie przepraszam?

– Za drzwiami. Tak się mówi…

– E, gdzie tam jeszcze do jesieni? Dopiero początek sierpnia.

– A jednak. Jak na straganach są śliwki, to zaraz snopki będą na polach, a bociany na niebie w drodze do Afryki…

– Żadnych snopków pan dziś nie uświadczysz, panie Kaziu. Nie ta epoka. Dziś maszyny wszystko zbierają – na przyczepę i do silosu. Szast prast i śladu nie ma po żniwach. Inny świat.

– Jakby to paradoksalnie nie brzmiało – czasu się jednak nie oszuka, choć kalendarz można. Jak są śliwki, to mimo że w kalendarzu jest jeszcze lato, jesień puka do drzwi. Ale każdy wierzy w to, co chce… A propos wiary, to ostatnio nie można było narzekać.

– Przyzna pan jednak, panie Kaziu, że sympatyczny ten Franciszek jest. I mądre rzeczy mówił. Żeby tylko ludzie chcieli go słuchać, jak go już nie będzie słychać, jak wróci do Rzymu… Powiem panu, że odnosiłem chwilami wrażenie, że zwłaszcza nasi politycy, jakby go już tu na miejscu nie słyszeli.

– Bo z polityką, panie Eustachy jest trochę tak, jak z religią – z grubsza wszystkie mówią to samo. Ale w szczegółach różnią się i to bardzo, bo każdy ma swoją prawdę… Jak w tym dowcipie: W przedziale kolejowym spotykają się ksiądz z rabinem. Gadu-gadu. Ksiądz mówi do rabina: – Wy, Żydzi, jesteście dziwni. Nie chcecie uwierzyć w cuda Jezusa Chrystusa, a wierzycie, że wasz rabin brodzki przepłynął staw na chusteczce od nosa. – Ma pan rację – przyznał Żyd – to dziwne. Tylko widzi pan – z tym rabinem to jest prawda.