NIEzwykły chłopak z Wawra

Choć, jak sam o sobie mówi, jest zwykłym chłopakiem z Wawra i takim na pewno pozostanie, wszyscy wiemy, że bijąc kolejne rekordy, zdobywając tytuły, dokonuje rzeczy niezwykłych. Jakub Rosiński – po raz pierwszy w historii ukończył stacjonarnie podwójnego Ironmana. Jak ciężko pracował na ten wielki sukces?

Na miejsce pobicia rekordu wybrał rodzimy OSiR Wawer. Kibicowali mu wszyscy, na miejscu wspierał go m.in. Robert Korzeniowski i Robert Karaś. Chwilami było bardzo ciężko, ale się udało! 26 lipca Jakub Rosiński ukończył stacjonarnie podwójnego Ironmana w czasie 30:05:27. Przepłynął 7,6 km, przejechał na rowerze 360 km i przebiegł 84,4 km.

– Jak długą drogę trzeba przejść, aby stać się Człowiekiem z Żelaza?

– Bardzo trudne pytanie i ciężko opisać, co musiałem przejść, co poświęcić, ile trenować, żeby być w tym miejscu, w którym jestem. Lata spędzone w treningu kształtowały mój charakter i przygotowywały mnie na to wyzwanie, wszystkie oszczędności inwestowałem w ten sport, trenowałem często z samego rana o 4-5 albo późno w nocy np. o 2-3, bo w ciągu dnia ze względu na obowiązki zawodowe, nie miałem na to czasu. To był bardzo trudny okres, ale wiedziałem, że nie mogę odpuszczać i się poddać, bo to mnie oddali od końcowego sukcesu. Myślę, że każda osoba, która przebiega przez magiczną linię mety na takich zawodach ma swoją niepowtarzalną historię i to jest piękne w tym sporcie.

– Co było najtrudniejsze w pobiciu rekordu i skąd w ogóle ten pomysł?

– Ewidentnie najtrudniejszy był bieg, ale głównie ze względu na to, że miałem poważne problemy żołądkowe i nie byłem w stanie utrzymać zakładanego tempa biegu. W tak długich zawodach bardzo istotną rolę odgrywa również sfera mentalna, ale do tego bardzo dobrze się przygotowałem i jestem zadowolony, bo ani razu podczas całych zawodów nie miałem momentów zwątpienia. Dodatkowym elementem, który mnie niesamowicie napędzał było to, że nie robię tego tylko dla siebie. Podczas tego wyzwania (jak przy każdym takim swoim sportowym wyzwaniu) wspierałem 3-letniego Oliwiera, podopiecznego Fundacji #DrużynaBłażeja, który zmaga się z ciężkim nowotworem i zbierałem fundusze na jego leczenie.

– Jak wyglądają Twoje treningi?

– Trenowałem między 18-25 h w tygodniu – jeśli chodzi o sam trening właściwy pod triathlon. Do tego dochodziły ćwiczenia siłowe, elementy jogi, treningi koncentracyjne, wizualizacyjne, więc sumarycznie wychodziło nawet ponad 30 h w tygodniu.

– Jakie były początki?

– Zawsze mnie ciągnęło do szalonych rzeczy. Trenując piłkę nożną postanowiłem, że bez żadnego przygotowania pobiegnę maraton i tak też zrobiłem. Przeszedłem niesamowity kryzys, a na kilka kilometrów przed metą złapały mnie skurcze we wszystkich mięśniach w nogach i nie mogłem się ruszyć. Myślałem, że to już koniec ale odczekałem chwilę i udało się w wielkim bólu dotrzeć do mety.

Później natknąłem się na filmik, na którym ojciec ze swoim niepełnosprawnym synem kończą zawody na dystansie Ironman na Hawajach (3,8 km pływania, gdzie tata płynąc ciągnął ponton z synem, 180 km jazdy na rowerze – syn był umieszczony w specjalnym siedzisku oraz 42,2 km biegu – tata pchał wózek z dzieckiem). Bardzo mnie to zainspirowało i postanowiłem, że skoro oni mogą, to ja też i trenując od wielu lat piłkę nożną zacząłem jednocześnie przygotowywać się do triathlonu. Do tego jeszcze studiowałem na warszawskim AWF-ie. Ciężko było wszystko pogodzić, ale wiedziałem, że muszę „kombinować” i nie mogę się poddać. Trenowałem, ile mogłem i zawsze szukałem rozwiązania, a nie wymówki. Np. wracałem z uczelni metrem do centrum, a stamtąd biegłem do domu, po czym brałem sprzęt piłkarski i jechałem na trening na boisko. W weekendy po meczach piłkarskich dużo jeździłem na rowerze oraz pływałem.

– Kto Cię wspiera?

– Moim największym wsparciem jest siostra oraz najbliżsi przyjaciele, którzy często bezinteresownie włączają się w pomoc przy treningach czy zawodach. Natomiast po sukcesie w Double Ironmanie, kilka firm chce nawiązać ze mną współpracę, a to ma wielkie znaczenie, bo powoli dochodzę do etapu, kiedy mogę się skupić na samym treningu i nie muszę myśleć o zapleczu finansowym.

– Jakie miałeś marzenia jako dziecko?

– Od zawsze chciałem zostać piłkarzem, jednak poważna kontuzja kolana oraz parę nieprzyjemnych sytuacji sprawiło, że straciłem miłość do tego sportu. Odkryłem w międzyczasie triathlon i od samego początku marzę o tym, aby znaleźć się na Mistrzostwach Świata na Hawajach i nie spocznę, dopóki nie zrealizuję tego marzenia! Wiem, jak ciężko na to pracuję i wierzę w to, że to się kiedyś uda!

– Jak zmotywować nastolatka do odejścia sprzed komputera na rzecz sportu, który w wieku nastu lat czasem wydaje się po prostu nudny?

– Ze swojego doświadczenia wiem, że to głównie kwestia nauczyciela oraz rodziców. Jeśli jest ktoś, kto do swojej pracy podchodzi z pasją, zaangażowaniem, oddaje temu całe serce, to automatycznie zaraża tym samym dziecko. Ponadto, jeśli rodzice pomagają i wspierają dziecko w rozwijaniu tych pasji, to taka osoba nie będzie myślała o tym, żeby wbijać kolejny level w grze, tylko będzie chciała się rozwijać sportowo.

– Jakie będzie kolejne wyzwanie?

– Na razie chciałbym się skupić na próbie zakwalifikowania się na Mistrzostwa Świata na Hawaje. Chodzą mi też dodatkowe pomysły po głowie, ale to jeszcze jest na etapie planowania, więc nie chciałbym zdradzać szczegółów.

– Wawer: za co kochasz to miejsce?

– Kocham Wawer za ciszę i spokój, za tereny leśne, gdzie mogę trenować, za mnóstwo możliwości do dalszego rozwoju. Cieszę się również z możliwości, jaką dał mi OSiR Wawer i za pomoc, jaką od nich otrzymałem. Bez nich to wszystko by się nie udało. Jedyna rzecz, której mi tutaj brakuje, to stadion lekkoatletyczny, ale podobno jest już w planach jego budowa, więc mam nadzieję, że w najbliższym czasie to się zmieni.

– Jaki jesteś?

– Jestem zwykłym chłopakiem z Wawra i takim na pewno pozostanę. Chciałbym na pewno się dalej rozwijać triathlonowo. Mam również kilka dodatkowych pomysłów. Aktualnie chcę rozpocząć naukę gry na pianinie, bo zawsze mnie to fascynowało.