Od poloneza do hyundaia

Ratownik medyczny, ratownik wodny, asystent osoby niepełnosprawnej, pedagog, instruktor technik taktyk i interwencji, instruktor lekkiej atletyki, opiekun kolonijny, specjalista z zagadnień dotyczących przestępczości zorganizowanej i terroryzmu, czyli starsza inspektor Dorota Widłak z praskiego oddziału Straży Miejskiej.

„Za wzorową postawę oraz zaangażowanie i wytrwałą służbę pełną poświęcenia dla mieszkańców Warszawy” – dziesięciu strażników miejskich zostało nagrodzonych przez prezydenta Rafała Trzaskowskiego. Wśród nich jest też ona – kobieta z sercem na dłoni, dusza człowiek (tak o niej mówią koledzy) – Dorota Widłak, od niemal dekady zasilająca szeregi Straży Miejskiej VI Oddziału Terenowego.

Decyzję o podjęciu pracy właśnie w tej formacji podjęła 25 lat temu i nie był to przypadek, bo właściwie nie mogło być inaczej.

Wszyscy w rodzinie to mundurowi. Tata wojskowy, mąż policjant, więc ja wstąpiłam do straży miejskiej – mówi Dorota Widłak, śmiejąc się, że w takim układzie nie miała innego wyjścia. – W 1995 roku zaczynałam na Ursynowie w patrolu pieszym. O zmotoryzowanym można było wówczas tylko pomarzyć, bo był jeden samochód – polonez. Jak trafiłam do oddziału na ul. Młota, gdzie jestem dzisiaj? To dość zawiła droga, więc po kolei. Potem była dyżurka, dalej zabezpieczenia, referaty: szkoleń, parkingowy i patrole mieszane z policją na Mokotowie – wylicza.

Później dostała się do referatu patrolowo-interwencyjnego, co nie było łatwe, bo wcześniej żadnej kobiecie w Warszawie to się nie udało. Jakim sposobem przekonała do siebie szefa? Argumentami, których nie był w stanie obalić. Przedstawiła wszystkie swoje umiejętności, kwalifikacje i szybko okazało się, że nie przebije jej żaden z kandydujących panów. Nie było wyjścia – Dorota Widłak została pierwszą strażniczką w patrolu interwencyjnym, a potem kierownikiem tego referatu na Śródmieściu. Pracowała też w komisariacie rzecznym, co wspomina do dzisiaj z wielkim sentymentem.

Wyjątkowy czas, bo uratowaliśmy kilka osób. Do dzisiaj pamiętam sytuację, kiedy w ostatniej chwili zauważyłam już tylko wystającą z wody rękę. Rzuciłam bosak z łodzi. Mężczyzna chwycił go i dzięki temu podciągnęliśmy go bliżej. Finalnie, kiedy dopłynęliśmy z nim na pokładzie na brzeg, czekała już karetka i facet przeżył, ale to były ostatnie chwile, żeby zareagować. Po 11 latach od tego zdarzenia napisał o tym na internetowym forum – to było cudowne uczucie. Przeczytać po takim czasie, że ktoś pamięta i wciąż jest wdzięczny – opowiada strażniczka.

Po rzece była praca w referacie ekologii, a od około 10 lat pracuje w referacie szkolnym w oddziale VI Straży Miejskiej, obejmującym zasięgiem Pragę Północ, Białołękę i Targówek. W szkołach i przedszkolach prowadzi szkolenia z pierwszej pomocy.

Dzieci, nawet te najmłodsze, bardzo chętnie uczą się i ćwiczą na fantomach, jak prawidłowo uciskać klatkę piersiową, jeśli ktoś przestał oddychać. Ale nie wszystko można pokazać na fantomie obrazowo, więc wtedy Dorota sama kładzie się, wstrzymuje oddech i pokazuje dzieciom moment, w którym należy rozpocząć masaż serca .

 Maluchy, nawet 3-letnie, też z zainteresowaniem uczestniczą w takich zajęciach. Ich pacjentem jednak zostaje miś. To właśnie po zajęciach, które prowadziła z koleżanką Bożeną, dwóch przedszkolaków z placówki przy ul. Siedleckiej: Oskar i Oliwier, podnieśli alarm, widząc mężczyznę, który upadł na podwórku obok przedszkola. Dzięki ich reakcji pomoc nadeszła szybko. W lutym, kiedy rozmawialiśmy z małymi bohaterami, tłumaczyli nam, że jeśli ktoś nagle upadnie i nie wstaje „trzeba sprawdzić, czy oddycha. Przysunąć policzek do jego buzi i nosa. Jak czuć ciepło to oddycha. Aaaaa i dzwonić po karetkę! A potem pozycja boczna bezpieczna”…

W czasie COVID-19 jest nieco inaczej. Dorota Widłak podkreśla, że teraz, dla własnego bezpieczeństwa, przede wszystkim zaczynamy od założenia maseczki i pomijamy nachylanie się nad „pacjentem”. Kładziemy rękę na jego klatce piersiowej albo ją odsłaniamy. Po to, by zobaczyć, czy oddycha. Jeśli nie, przystępujemy do uciskania klatki. Zawsze jednak trzeba zacząć od pierwszego ucisku na próbę. Oddech może być słaby i niewidoczny, a gwałtowna natychmiastowa reanimacja może zaszkodzić. Dlatego ten kontrolny ucisk jest tak ważny. Jeśli nie ma po nim reakcji, szybko zaczynamy masaż serca.

Strażniczka szkoli też personel placówek. Dorośli jednak są mniej podatni na wiedzę, więc zajęcia z nimi wymagają innego podejścia, używane są rekwizyty – sztuczna krew, urwana ręka itd. Wszystko po to, by było realistycznie. Do tego prowadzone są działania z zaskoczenia, jeśli np. chodzi o szkolenie dotyczące zachowań w sytuacji zagrożenia.

– Zdarzało się, że po wejściu do sali kursanci zostawali zasypywani znienacka woreczkami z grochem. To była właśnie prawdziwa sytuacja zaskoczenia i odczuwali strach, a przecież o to chodzi w czasie prawdziwego ataku. Tylko w taki sposób można uzmysłowić ludziom, jak bardzo irracjonalnie reagujemy w takich momentach. Spotkania z dorosłymi są zupełnie inne. Co ważne, z każdego z nich sama wiele się uczę, bo okazuje się, że np. bywają objawy zawału, o których nie piszą podręczniki, a ratunkiem na zakrztuszenie dziecka może być nagłe wejście z nim pod lodowatą wodę. To bezcenne informacje – podkreśla strażniczka.

Praca w referacie szkolnym to również patrole przy placówkach oświatowych czy poszukiwania wagarowiczów. Okazuje się, że bardzo dużym problemem wśród nieletnich jest palenie. Co ważne, nawet rodzice często nie zdają sobie sprawy z tego, jak poważne konsekwencje ma przyłapanie dziecka na tym występku przez patrol straży.

– Jeśli zatrzymamy i wylegitymujemy ucznia za palenie w miejscu publicznym, to musimy sporządzić notatkę, która trafia na policję. Ruszają procedury, które kończą się często w sądzie sprawą o demoralizację. To naprawdę nic fajnego, więc trzeba rozmawiać z dziećmi, przestrzegać je, wyczulać. Takie są przepisy – podkreśla strażniczka i dodaje, że taką sprawę w sądzie może mieć osoba pełnoletnia, która w obecności nieletniego pali papierosy. Chodzi o zdrowie dzieci – to najważniejsze, ale jak widać jest też druga strona medalu i warto mieć to na uwadze.

Oczywiście to nie wszystko, bo Dorota wciąż szuka możliwości, aby pomagać ludziom, więc jeździ też w patrolach medycznych do bezdomnych. Opatruje ich, w razie potrzeby wozi do lekarza (Straż Miejska prowadzi wspólne akcje z Caritas i Lekarzami Nadziei). Próbuje pomóc na wszelkie możliwe sposoby, a czasem ratunkiem jest odwiezienie na izbę wytrzeźwień. Co jest najtrudniejsze? Widok osoby, która wymaga natychmiastowej pomocy, a odmawia jej przyjęcia. Zmusić nie można nikogo.

Jak przez 25 lat zmieniła się służba w Straży Miejskiej?

Od poloneza do hyundaia – śmieje się starsza inspektor, podkreślając, że to najlepsze, krótkie podsumowanie tego czasu. Pracę kocha za kontakt z ludźmi i to, że codziennie może pomagać. Czasem w drobnych sprawach, czasem ratując życie – to jest sens tego zajęcia. Irytują ją tylko ci, którym się wydaje, że są najmądrzejsi na świecie i myślą, że mogą wszystko.

Zdarza się, że w czasie interwencji, ktoś nam macha telefonem przed twarzą, udowadniając swoją wyższość i próbując wpłynąć w ten sposób np. na zmianę decyzji o zholowaniu samochodu. Tylko ten ktoś nie zastanowi się nad tym, że wezwała nas sąsiadka, która właśnie nie wyjechała z dzieckiem do lekarza, bo jego auto skutecznie uniemożliwiło jej wyjazd. Bądźmy w porządku, przestrzegajmy przepisów i wtedy się okaże, że ta Straż Miejska nie jest taka zła, a powołano ją po to, by nam wszystkim żyło się lepiej…