Pracownia czapek

Te nakrycia głowy są dokładnie wymierzone i uszyte z najlepszej jakości materiałów, zgodnie z modą i trendami. Pracownia czapek na Wiatraku ma już 61 lat!

To miejsce z duszą. Tak najlepiej można opisać maleńki lokal przy ul. Grochowskiej 210/212. Na wystawie czapki, na półkach czapki, a na zapleczu trzy maszyny do szycia i tam powstają… czapki. Maciejówki, cyklistówki, kaszkiety, czapki służb mundurowych i wiele innych. Również na specjalne zamówienia – do filmów czy teatru. Szyje je od dawna pani Grażyna Jakubowska-Piekut. Wspiera ją mąż, który zajmuje się zaopatrzeniem i wykrojami.

Aby poznać całą historię, musimy cofnąć się w czasy przedwojenne. To wtedy tata pani Grażyny w wieku 16 lat razem ze swoim ojcem przyjechał spod Siedlec do Warszawy. Ojciec oddał go na nauki do zakładu krawieckiego na ul. Hożej.

Tata zaczął naukę krawiectwa od sprzątania, zamiatania zakładu. Później odnosił klientom gotowe ubrania. Dopiero po jakimś czasie dopuszczono go do szycia. Kiedy ja poszłam w ślady taty, było tak samo. Najpierw zamiatałam pracownię i obsługiwałam klientów. Dopiero później ojciec pozwolił mi pomagać sobie w szyciu – opowiada pani Grażyna.

Po wojnie ojciec zrobił egzamin mistrzowski. Rodzina osiedliła się na Marysinie Wawerskim, tam była pracownia. Czapki do 1958 roku tata sprzedawał na bazarze Różyckiego z kufra, w którym trzymał swoje wyroby. Na noc kufer się zamykało i wiązało łańcuchami, a rano znowu otwierało.

Ja na swój egzamin mistrzowski w 1972 roku musiałam zrobić czapkę mundurową marynarki wojennej – miałam na to 8 godzin, to było bardzo trudne zadanie. Ale udało się i zdobyłam mistrzowskie szlify – wspomina właścicielka pracowni przy Grochowskiej.

W 1958 roku tata – Remigiusz Osiński otworzył zakład w miejscu, w którym znajduje się do dzisiaj. Córka mu pomagała, w końcu nadszedł moment kiedy przejęła pracownię. Był to bardzo trudny czas – grudzień 1981 roku.

Tata przeniósł się koło „pośredniaka”, a ja zostałam tutaj. Początki były bardzo trudne. Nie zapomnę nigdy, jak przeszyłam sobie palec. Ojciec wytłumaczył mi wtedy, że to bardzo dobra wróżba. Zakład istnieje do dziś, więc jak widać, to była prawda – śmieje się pani Grażyna i opowiada, że w tamtych czasach był problem z zakupem wszystkiego. Pieczątkę wyciął jej brat z gumki do ścierania. Aby kupić materiały trzeba było należeć do spółdzielni.

Rok 1982 to czas, kiedy królowały czapki konfederatki. – Szyłam przez cały tydzień, a sprzedawałam w dwie godziny. Ustawiały się kolejki – wspomina. – Dzisiaj jest moda na lata 20. i 30. albo typowe angielki. Uszycie jednej czapki zajmuje średnio ok. 2 godzin.

Dlaczego wybrała akurat taki pomysł na życie? Nie, nie chodzi o pieniądze, bo w dzisiejszych czasach utrzymanie się z tego rzemiosła jest bardzo trudne. To rodzinna tradycja. Coś, co zaszczepił w niej ojciec, to „tkwi” w niej naturalnie, bo z szyciem związana była od zawsze.


Chcemy na łamach Mieszkańca pokazać też inne „miejsca z duszą”. Czekamy na propozycje naszych Czytelników. Piszcie na adres: redakcja@mieszkaniec.pl