Reprywatyzacja na Pradze Południe…

To już nie polityka. Tu już nie ma koloru partyjnej walki. Tu chodzi o przyzwoitość, o sens słowa urzędnik, prezydent czy burmistrz. O to, czy nadal jest ono synonimem słowa służba, poświęcenie, praca dla wszystkich, bez wyjątku i rozgraniczania na to, ile zarabiają i gdzie mieszkają. W Warszawie reprywatyzacja się nie udała – zbyt wiele niejasności, niedopuszczalnych powiązań, aresztowań prawników i byłych urzędników.

Nie można abstrahować od tego, kto jest i przez lata był prezydentem Warszawy i jednocześnie przełożonym dyrektorów i naczelników w stołecznym ratuszu. Wielu mówi i pisze, że to nagonka, polowanie, że sąd kapturowy. Ale, czy nie warto zadać pytanie, gdzie było państwo, miasto czy dzielnica przez te ostatnie 10 lat, kiedy „proceder” reprywatyzacji miał się dobrze. Warto zadać pytanie, czy miało, bądź też nie miało, swoistego parasola ochronnego. Bo jak inaczej można nazwać ten imposybilizm czy wręcz zaniechania. Jak to możliwe, że przez tyle lat nikt nie słyszał głosów mieszkańców, którzy bardzo często samotnie tułali się po urzędach dzielnicy czy budynkach ratusza oraz sądach wieczystoksięgowych i drżącymi rękami spisywali na skrawkach papieru historie zamieszkiwanych przez nich kamienic. Jak to możliwe, że nierzadko słyszeli od urzędników czy lokalnych polityków, że nic się nie da zrobić, że trzeba wziąć kredyt i przeprowadzić się do innego budynku. Jak to możliwe, że takie słowa kierowane były także do 70- czy 80-latków, zmęczonych życiem i ciągłym szarpaniem się z machiną urzędniczą.

Jak to możliwe, jak to możliwe…?

Pisząc ten felieton spoglądam na kilkanaście kartek papieru, na których w niekończących się tabelach wpisano ponad 800 południowopraskich nieruchomości, które albo już zostały oddane, albo czekają na eksmisję lokatorów. Począwszy od Adampolskiej poprzez Stanisława Augusta i Skaryszewską, a skończywszy na Zamienieckiej. Lista strachu, bólu, łez, niepewności. Lista hańby dwumilionowego miasta, które pozostawiło najsłabszych na pastwę losu, na zastraszanie przez „odzyskiwaczy kamienic”, na astronomiczne czynsze, odcinanie prądu czy wody.

Jak to możliwe, jak to możliwe…?

Dariusz Lasocki, radny m.st. Warszawy