Ryszard Szurkowski MIESZKANIEC NR 20/1995

Najsławniejszy polski kolarz, mistrz świata, wielokrotny uczestnik i zwycięzca Wyścigu Pokoju oraz innych wyścigów kolarskich. Reprezentował w tej dyscyplinie sportu najwyższą światową klasę. Dziś właściciel sklepu z rowerami na Woli przy ul. Ciołka. Ma dwóch synów. Mieszka na Saskiej Kępie.

– Panie Ryszardzie, zanim opowiemy o tym, co w pańskim życiu najważniejsze, może zaczniemy od naszych południowopraskich spraw. Jest Pan naszym mieszkańcem, ale jeździł Pan we wrocławskiej drużynie „Dolmelu” i w końcu przeniósł się Pan do nas. Jak to się stało?

– W 1978 roku przeprowadziłem się z Wrocławia do Warszawy, na Pragę Północ i tam mieszkałem przez 10 lat. Dopiero po tym okresie przeniosłem się na Pragę Południe, teraz mieszkam na Afrykańskiej, we własnym domku w RSM „Osiedle Młodych”.

– Zadowolony Pan jest z tego miejsca i mieszkania u nas?

– Tak. Nie porównuję Pragi Północ z Pragą Południe. Po prostu nie miałem czasu, aby rozejrzeć się i osądzać, która dzielnica jest „lepsza” czy ciekawsza. W każdym razie jest to dobre miejsce i wszędzie bliżej.

– Jest Pan bardzo znaną postacią, a tacy ludzie wzbudzają zainteresowanie, ciekawość mieszkańców, sąsiadów. Jak zachowują się ludzie na pański widok?

– Zapewne ludzie coś niecoś mówią, robią jakieś uwagi, spoglądają, ale takie zachowania mają to do siebie, że zainteresowana osoba po prostu tego nie słyszy, no i całe szczęście…

– Zawsze Pan był i jest nadal człowiekiem skromnym, można to wywnioskować po pańskiej odpowiedzi, było to zauważalne także wcześniej podczas licznych rozmów i wywiadów z Panem. Wróćmy do tego, co najważniejsze. Czy rower, jazda na nim, to całe pańskie życie?

– Na pewno dwie trzecie.

– Proszę przypomnieć Czytelnikom, zwłaszcza młodym, swoje największe sukcesy i powiedzieć, z czego Pan jest najbardziej dumny?

– Chyba najbardziej dumny jestem z tego, że spełniłem swoje dziecinno-młodzieżowe marzenia, że zostałem kolarzem, kolarzem dobrym. Co do osiągnięć? Owszem, było ich sporo. Starsi pamiętają, młodszym przypominam, że to były lata siedemdziesiąte, myślę, że jednak szczęśliwe dla naszego narodu, bo ludzie – oprócz innych dziedzin życia – mieli możliwość radowania się ze wspaniałych osiągnięć naszych sportowców. Właśnie lata siedemdziesiąte w każdej dziedzinie sportu były wybitne.

– Daleko nam dzisiaj do tych osiągnięć…

– Bardzo daleko.

– Wróćmy do Pana…

– No cóż, z moich osiągnięć na pierwszym miejscu muszę wymienić najsłynniejszy amatorski wyścig, Wyścig Pokoju. Startowałem w nim aż 6 razy. Cztery razy wygrywałem, a raz byłem drugi. Startowałem tylko 6 razy, mimo że dwanaście lat ścigałem się w wysokim wyczynie. To „tylko” 6 razy wzięło się stąd, że Wyścig Pokoju był bardzo prestiżowy, miał niezwykle wysoką rangę i moja odporność psychiczna bywała czasem na wyczerpaniu. Rozumiejąc to, nie chciałem zawieść siebie i moich kibiców. W związku z tym startowałem wówczas w innych wyścigach, też bardzo wysokiej rangi i również na nich wygrywałem. Głównie koncentrowałem się na mistrzostwach świata i olimpiadach. Oprócz tych czterech zwycięstw i jednego drugiego miejsca w Wyścigu Pokoju, wygrałem mistrzostwo świata indywidualnie w 1973 roku, a rok później, czyli w 1974 wicemistrzostwo świata. Prócz tego dwa razy mistrzostwo świata w drużynie, na 100 kilometrów w 1973 raz, w 1975 drugi raz. Dwa razy wicemistrzostwo olimpijskie – w 1972 i 1976 roku. W sumie, na około 450 wyścigów wygrałem kilkanaście mistrzostw Polski, kilkanaście dużych wyścigów klasycznych w Polsce i za granicą. Dużo tego było… Trudno mi nawet zliczyć.

– Czy uważa Pan tę karierę za całkowicie zakończoną?

– Oczywiście, jako sportowiec-wyczynowiec, już nie uczestniczę w wyścigach, to chyba zrozumiałe. Ale, jak każdy człowiek mający predyspozycje i fizyczne i psychiczne (bo to są bardzo spójne rzeczy), uważam, że mam jeszcze inne rzeczy do wykonania. Przez pewien okres byłem trenerem kadry narodowej, w latach 1984-88, i wtedy moi zawodnicy dobrze się spisywali, a konkretnie Piasecki zdobył mistrzostwo świata i wygrał Wyścig Pokoju, a drużyna prowadzona przeze mnie zdobyła mistrzostwo olimpijskie w jeździe drużynowej na czas na 100 km w Seulu. Potem jakby nieco „zdałem broń”, bo czas było nadrobić zaległości w życiu cywilnym, pozasportowym.

– To był definitywny rozwód z kolarstwem?

– Niezupełnie. Teraz nadal udzielam się na niwie sportowej, prowadzę swoją grupę kolarzy w oparciu o sponsorów. Jest to grupa składająca się z różnych zawodników, ale w międzyczasie zdobyliśmy kilka tytułów mistrza Polski, dwa lata temu wygraliśmy Puchar Polski… I powiem, że daje mi to pełną satysfakcję. Gdyby czas pozwolił, to pewnie pracowałbym w tej dziedzinie więcej, ale nie robię niczego „na siłę”, a prócz tego trzeba żyć. W każdym razie to wszystko daje mi pełne zadowolenie.

– Jest to dowód, jak dosłownie najsławniejszy polski kolarz, nawet po zakończeniu swej zasadniczej kariery sportowej, może z powodzeniem i pożytkiem kontynuować to, co kocha. Tego można Panu z całego serca pogratulować. Ale czy nie brak Panu czasem tych dwóch kółek? Nie przychodzi chętka wsiąść na rower i przejechać się?

– Co do tego, nie mam żadnych oporów. Kiedy tylko mam czas, to siadam i jeżdżę. Nie tyle co kiedyś, ale po parę godzin tygodniowo – tak.

– A synowie? Czy poszli pańskim śladem?

– Niekoniecznie. Ale nie zmuszam ich do tego.

– Panie Ryszardzie, mieszka Pan przy Afrykańskiej, a sklep z rowerami (co też stanowi jakąś ciągłość pańskich zainteresowań) ma Pan hen na Woli przy ul. Ciołka. Jak Pan się czuje w tej nowej roli?

– Jest to ok. 14 kilometrów, ale nie stanowi to dla mnie przeszkody. Nie uważam się za biznesmena, ta nazwa nawet do mnie nie pasuje. Ale cóż, jest to coś, co daje mi środki na życie, robię to, by stale nie uganiać się za groszem… Mam teraz swobodę…

– Z tego wynika, że na kolarstwie majątku Pan nie zrobił…

– Myślę, że w tamtych czasach nikt majątku nie zrobił, a było nas sporo i wygrywaliśmy dużo wyścigów, nawet tych największych na świecie. Satysfakcja, wówczas osiągana – była za wynik, nie za pieniądze. Była to radość zwycięstwa, a nie radość z powodu dużej zapłaty. Teraz przyszły inne czasy i obecnie bierze się za to pieniądze, niekiedy bardzo duże…

– Na koniec pytanie może nieco niedyskretne. Kto był pańskim największym konkurentem? Czy Szozda?

– Myślę, że potrafiliśmy sobie podzielić pola działania. To była konkurencja pozytywna, która wyzwalała w nas mobilizację po, żeby nie być gorszym od tych trzecich. A więc współpracowaliśmy i współpracujemy do dzisiaj. Zresztą cała nasza grupa spotyka się przy różnych okazjach, kilka razy do roku, istnieje między nami stała koleżeńska więź i to jest bardzo sympatyczne.

– To piękne, co Pan mówi. Tym bardziej, że nawet wówczas przed laty widać było tę koleżeńską współpracę między Panem a Szozdą.

– Było paru takich zawodników ściśle i po koleżeńsku współpracujących: Mytnik, Brzeźny, Matusiak, Nowicki, może jeszcze paru powinienem wymienić. W każdym razie była to grupa, która wiedziała, po co jeździ na rowerze, po co staje na starcie. Właśnie po radość z walki i zwycięstwa.

– Dziękuję za rozmowę i życzę sukcesów w każdej dziedzinie, także w pracy z młodymi kolarzami.

Stanisław Goszczurny


Ryszard Jan Szurkowski (ur. 12 stycznia 1946 w Świebodowie, zm. 1 lutego 2021 w Radomiu) – polski kolarz szosowy, dwukrotny wicemistrz olimpijski, czterokrotny medalista mistrzostw świata oraz dwunastokrotny mistrz Polski, najbardziej znany ze zdominowania przez kilka lat z rzędu Wyścigu Pokoju, poseł na Sejm PRL IX kadencji, trener, działacz sportowy, handlowiec, były prezes Polskiego Związku Kolarskiego. W 1996 r., głosami naszych czytelników, został laureatem plebiscytu „Zacny Mieszkaniec”.