Słaba płeć… a jednak najmocniejsza

W przedwojennym filmie „Piętro wyżej” Eugeniusz Bodo przebrany za kobietę śpiewał: „Słaba płeć, a jednak najsilniejsza…”. To prawda. Gwieździe polskiego kina chodziło oczywiście o seksapil, którego naszym dzisiejszym rozmówczyniom również nie można odmówić. Ale my chcemy z okazji Święta Kobiet pokazać ich moc trochę inaczej. Bo to prawdziwe twardzielki. Siłaczki, w świecie raczej męskim…


Służba nie praca
Joanna Węgrzyniak, nadkomisarz w Komendzie Rejonowej Policji Warszawa VII

Od dziecka chciała być nauczycielką. W rodzinnym Gdańsku skończyła polonistykę, ale na dobry wakat w szkole musiałaby czekać dwa lata. Wspomina: – Oddawałam ostatnie książki do biblioteki i spotkałam koleżankę z grupy, która nie chciała być polonistką. Powiedziała mi, że podobno w policji jest ciekawa praca. Spróbowałam.

Zdała egzamin sprawnościowy. Potem szkolenie w Szczytnie i w Pile. Bycie nauczycielką cały czas nad nią wisiało („Żeby złożyć policyjne ślubowanie musiałam urwać się z kolonii, na których byłam wychowawcą”). Po roku przeprowadzka do Warszawy. W komendzie przy ul. Grenadierów jest od osiemnastu lat. Najpierw w referacie wykroczeń, a od 2007 r. jest oficerem prasowym. Mówi, że lubi swoją pracę i ma szczęście („To nie praca od 8 do 16, ale służba. Jestem jednak takim szczęśliwym przypadkiem, że nie miałam nigdy sytuacji, żeby służba mi coś skomplikowała. Nawet z punktu widzenia posiadania rodziny i bycia matką”).

Cena za pracę w policji? – To chyba obciążenia psychiczne, które gdzieś jednak się odkładają. Te historie, z którymi spotykam się codziennie. Które widziałam lub tylko o nich wiem, że się zdarzają – wypadki, zabójstwa, samobójstwa – przyznaje.

Najwięcej satysfakcji dawała jej prewencja i profilaktyka – jeżdżenie do szkół i rozmowy z dziećmi i młodzieżą („Jednak sobie trochę ponauczycielkowałam…”), debaty społeczne, pogadanki z ludźmi starszymi. W czasie rozmowy ktoś dzwoni na komórkę pani Joasi. Jej dzwonek to leitmotiv z „07 zgłoś się”. – Jestem fanką tego serialu… – tłumaczy z uśmiechem.


Ratuje zamiast leczyć
Karolina Kozak, aspirant w Jednostce Ratowniczo-Gaśniczej nr 8

Jest prawdziwym rodzynkiem. A może wisienką na strażackim torcie? W stołecznej Państwowej Straży Pożarnej jest jedyną kobietą, która bierze udział w akcjach. Mieszka w Starych Babicach, a pracuje na Grochowie, w jednostce przy ul. Majdańskiej. W służbie od 2009 r. – Nie, nie czytałam w młodości „Jak Wojtek chciał być strażakiem”… – śmiejąc się odpowiada na pytanie i dodaje: – Rodzice pracują w służbie zdrowia i raczej tak mnie kierowali.

Po maturze dostała się do Szkoły Głównej Służby Pożarniczej. Magisterka, a następnie praca w Błoniu na stanowisku kierowania. Od niej zależało, do którego zdarzenia w powiecie pojadą strażacy („Przyjmowałam zgłoszenia, przekazywałam dyspozycje. To bardzo odpowiedzialna i stresująca praca. Decyzję o dalszym działaniu podejmuje się jednoosobowo”).

Od czterech lat jest w oddziale bojowym. Przyznaje, że ciężko dorównać mężczyznom, jeśli chodzi o tężyznę fizyczną. – Ale specyfika wyjazdów jest bardzo różna. Czasami potrzeba „kobiecej ręki”. Choćby w kontakcie z poszkodowanymi – łatwiej mi pokonać barierę w rozmowie z dziećmi czy kobietami – wyjaśnia. Mówi, że w pracy, w towarzystwie samych mężczyzn, czuje się dobrze („Raczej nie chodzi tu o płeć, a bardziej o indywidualne predyspozycje. Ale wszyscy przechodzimy odpowiednie testy i jest ok”). Zawodowe doświadczenia wyczuliły ją na zagrożenia, do jakich może dochodzić w życiu codziennym („Dzięki temu mogę lepiej chronić swoją rodzinę”). A od służby zdrowia, to tak kompletnie nie uciekła: – Zrobiłam kurs i jestem także ratownikiem medycznym – podkreśla pani Karolina.


Lawetą na ratunek
Gabrysia i Alicja Zawadzkie, pracują w autopomocy

Dziewczyny z autopomocy: Gabrysia (23 lata) i jej młodsza siostra Alicja (18 lat) od dzieciństwa przypatrywały się temu, co robi ich tata.

Pomysł na to zajęcie wyszedł zupełnie naturalnie, bo tata nie dorobił się syna, więc to na naszych barkach spoczywa obowiązek odciążenia. Tak jak wspomniałyśmy, motoryzacja otaczała nas od dziecka. Często pod choinkę zamiast lalek dostawałyśmy samochody, przyrządy do majsterkowania. Później wieczorami zaglądałyśmy z tatą do garażu. Na podwórku miałyśmy więcej kolegów niż koleżanek, więc pobrudzić sobie ręce nie stanowiło dla nas problemu – śmieją się dziewczyny.

Poważniejszą formę to zajęcie przybrało 2-3 lata temu, kiedy poznały tajniki tej pracy i dojrzały do wykonywanych przez nich zadań. Od małego podglądały, jak tata z pracownikiem profesjonalnie, fachowo i z pełną odpowiedzialnością podchodzą do każdego zlecenia. W tej branży nie ma miejsca na pomyłkę. To często od nich zależy życie drugiego człowieka, kiedy na miejscu zdarzenia laweta pojawia się pierwsza.

Panowie na widok dziewczyn przyjeżdżających na miejsce wypadku często nie kryją zaskoczenia, ale nigdy nie spotkały się z ignorancją. Kochają swoje zajęcie, bo dzięki niemu łączą pasję i pracę.

Wymaga ona poświęceń, nieprzespanych nocy, zdartych dłoni i połamanych paznokci, ale kiedy czujemy satysfakcję i zadowolenie klientów, wynagradza nam to wszystko. Codziennie spotykamy się z innym zleceniem, jadąc na miejsce zdarzenia nigdy nie wiemy, co tam zastaniemy. Dzięki tej pracy mamy możliwość poznania wiele ciekawych historii – tłumaczą siostry, które możemy spotkać z lawetą na ulicach prawobrzeżnej Warszawy.

To m.in. tu (szczególnie na S8) ich pomoc bywa bezcenna.

Najdłużej w pamięci zapadają tragiczne historie. Kiedy zajeżdżając na miejsce, nie jesteśmy już w stanie komuś pomóc. Warto pamiętać, że samochód to tylko kawał żelastwa, zawrotna prędkość nigdy nie jest sprzyjającym czynnikiem. Patrząc na makabryczne w skutkach wypadki, w którym giną Bogu ducha winne dzieci, najwięksi twardziele wymiękają – mówią Gabrysia i Alicja.


Na dachach Warszawy
Ewa Misiun, właścicielka firmy kominiarskiej

Ewa ma 49 lat, niemal połowę swojego życia przepracowała jako kominiarz. Firmę, którą dzisiaj prowadzi z mamą i córką, założył 30 lat temu jej tato. To dzięki niemu złapała bakcyla. Wolała wchodzić na dachy, niż patrzeć jak mama szyje ubrania – była krawcową. Dym, sadza i kominy – to ją „kręciło” najbardziej.

Od młodych lat tata zabierał mnie na dachy. Na początku były to dachy płaskie, na wsiach, gdzie nie zagrażało to bezpieczeństwu. Potem było coraz ciekawiej – opowiada Ewa Misiun i dodaje, że zawód kominiarza jest bardzo ciekawy nie tylko z uwagi na piękne widoki z dachu. W tej pracy poznaje się codziennie nowych ludzi. Do tego dochodzi adrenalina – a to lubi najbardziej.

Ciekawością świata, chęcią przygód każdego dnia i właśnie adrenaliną zaraziła już swoją córkę Natalię, która przejmuje pałeczkę po mamie. Natalia skończyła Technikum Budowlane o profilu sanitarnym i chce zostać właśnie czynnym kominiarzem. Jeszcze w tym roku przystąpi do egzaminu na czeladnika, a w przyszłości marzy o tytule mistrza kominiarskiego.

Kominiarz to męski zawód, ale doskonale odnajdują się w nim kobiety odważne, chcące udowodnić sobie i wszystkim, że są i potrafią być silne – zarówno psychicznie, jak i fizycznie.

W tym zawodzie wykonujemy obowiązki na równi z mężczyznami. Owszem, zdarzają się utrudnienia, jak chociażby zbyt ciężkie włazy dachowe, ale wtedy zawsze możemy liczyć na pomoc kolegów – tłumaczy Ewa i dodaje, że poza pracą ma dwie pasje: działka i szybkie samochody, a ta druga to doskonałe uzupełnienie adrenaliny z pracy. W tym wszystkim zarówno ona, jak i córka nie zatracają swojej kobiecości. Dbają o to, by w tej pracy była ona wielkim atutem.

Makijaż w pracy (dla mnie i dla mojej córki) to bardzo ważna sprawa. Mamy czarny ubiór, dlatego zawsze paznokcie i włosy malujemy na kolorowo. To jedyny sposób, aby udekorować czerń, która symbolizuje nasz zawód – tłumaczy Ewa, którą być może spotkacie na swoim dachu, zamawiając usługi kominiarskie.