Streetworker, czyli lata pracy na ulicy

Tym razem się udało. Nie w ciemnym garażu, na działkach czy w śmietnikowej altanie, a w szpitalu – kobieta bez domu urodziła dziecko. Wszystko dzięki zaangażowaniu streetworkerów czyli ludzi, którzy pracują na ulicy, wychodzą na nią, naprzeciw innym niosąc im pomoc i ratunek.

Bezdomność jest dużym problemem, a jego skala z roku na rok rośnie. Ludzi bez dachu nad głową przybywa w przerażającym tempie. Czas epidemii jest bardzo trudny zarówno dla samych bezdomnych, jak i osób niosących im pomoc.

Jednym z największych wyzwań dla wszystkich, którzy zajmują się ludźmi w kryzysie bezdomności jest… ciąża. Dlaczego? Bo czy można wyobrazić sobie co czuje kobieta nosząca pod sercem dziecko, nie mająca dachu nad głową, żadnych perspektyw, możliwości i pomysłu nawet na samą siebie?

–  W głowie kobiety takiej kobiety rodzą się pytania: Co dalej? Czy będę mogła zająć się dzieckiem? Mam urodzić, ale co, jeśli go nie chcę? Czy komuś mogę zaufać? Sytuacja takiej kobiety jest ciężka, a jak do tego dochodzą jeszcze choroby somatyczne, zaburzenia psychiczne, uzależnienia albo przemocowy związek, to zaczyna się prawdziwy dramat. Wtedy kluczowe jest zdobycie zaufania ciężarnej i przekonanie jej, że niezależnie od tego, jaką podejmie decyzję, ma wsparcie i ludzi na których zawsze może liczyć. Ludzi, których nie musi szukać. To oni dotrą do niej – nasi streetworkerzy mówi Aleksandra Cacko członek zarządu Stowarzyszenia Pomocy i Interwencji Społecznej i podkreśla, że to niezastąpione osoby, dzięki którym udało się uratować już wielu potrzebujących w Warszawie.

Streetworker czyli człowiek pracujący na ulicy – nazwa, która mówi wszystko i nic. Chociaż coraz częściej słyszymy o tych ludziach w stolicy, bo robią kawał dobrej roboty, to mało kto wie, czym tak naprawdę się zajmują, dlatego przyjrzeliśmy się, na czym polega ich zajęcie.

Streetworkerki: Justyna Kościukiewicz i Gosia Machaj, rano wyjeżdżają w miasto i odwiedzają znane im osoby, dopytać o zdrowie, aktualne pomysły na życie, podpowiedzieć możliwości, wspomnieć o nowych programach, dzięki którym mają szansę na poprawę swojej sytuacji.

Pierwszy jest Maciej. Od kilku lat mieszka w jednym z lasów, przy srogich mrozach nocuje w schronisku, przyjaźni się z dzikimi zwierzętami, bo jak podkreśla, są one bardziej przyjazne niż ludzie.

Zwierzę atakuje tylko wtedy, kiedy jest zagrożone. Człowiek potrafi być wredny, fałszywy i zrobić wielką krzywdę bez powodumówi Maciej. – Las jest przyjaznym i bezpiecznym miejscem to spania, nawet w czasie deszczu (wtedy na nogi wsuwam jeden worek, od głowy drugi – jest sucho). Wstaję, ogarniam się i ruszam na miasto. Mam gdzie zjeść, dzięki dziewczynom znam miejsca z obiadami, wiem gdzie się umyć, jestem też zarejestrowany jako bezrobotny. Dzięki nim korzystałem ze specjalnego programu i mogłem pracować, tylko wtedy był jeden problem – pierwszy raz w życiu zakładałem konto w banku! Gdyby nie Justyna, nie poradziłbym sobie z tym, a w życiu! – śmieje się mężczyzna.

W bezdomność wpadł, jak przyznaje bez ogródek, przez swoją głupotę. Poszalał w życiu, przegrał mieszkanie, później za oszustwa trafił do więzienia. Wychował się na Pradze, mama wpoiła mu wiele zasad, którymi kieruje się do dzisiaj. Wie np. że nie wolno się spóźniać!

Tego u mnie w domu zawsze się pilnowało. Lepiej być za wcześnie, niż 5 minut później, dlatego jak umawiam się z dziewczynami, to zawsze ja na nie czekam, a nie one na mnie, bo to byłby dyshonor podkreśla i nie kryje wielkiej radości kiedy streetworkerki dają mu świąteczną paczkę, a w niej m.in. drożdżowe ciasto, które uwielbia. Po chwili mina jednak rzednie, bo przypomina mu się, że w garażu obok jeszcze kilka dni temu mieszkał kolega. Już go nie ma… Zmarł.

Po tym spotkaniu Justyna i Gosia postanawiają sprawdzić pustostan, który niespodziewanie zagrodzono, a w nim długi czas mieszkał jeden z “ich ludzi”.  Niestety, poza bałaganem śladu po nim nie ma. Teraz trzeba czekać aż znajdzie się w innym krańcu miasta. Aż da znak życia.

Na działkach odwiedzamy kolejnego mężczyznę, który dziarsko próbuje się uśmiechać i wmawiać, że wszystko jest w porządku. Dziewczyny jednak wiedzą, że to tylko poza. Wieloletnia partnerka jest w domu opieki, w ciężkim stanie trafiła tam jakiś czas temu. Teraz jest z nią kontakt, ale do zdrowia nie wróciła. On został całkiem sam, a w czasie pandemii nie ma szans na spotkanie z ukochaną, nawet na chwilę…

Pustostany, ogródki działkowe, las… Osoby w kryzysie bezdomności szukają schronienia wszędzie, nawet nad Wisłą. Tutaj przebywa m.in. Jackiem, który przed laty był fotografem i dzisiaj marzy o tym, że kiedyś kupi statyw, aparat i znowu zacznie uwieczniać piękno natury na fotografiach… Na razie jednak Justyna kolejny raz zapisuje go do Urzędu Pracy, bo w jego przypadku, jak i wielu innych osobiście musi zadbać o formalności, aby nic nie zostało przegapione, bo… „zapomniałem”, „nie wiem”…

Ubezpieczenie jest przecież bardzo ważne. Wiele osób o tym nie myśli, dopóki nie dojdzie do ciężkiej choroby  – tłumaczy Justyna i żegnając się z Jackiem pyta o Olafa, który zmienił miejsce pobytu, przeniósł się do „obozowiska” kilkaset metrów dalej.

Wśród połamanych i pociętych przez bobry drzew i chaszczy, postawiona została swojego rodzaju posesja: dom, altana z miejscem do spania dla jednej osoby, mało tego, jest też łazienka: dół z zawieszoną zasłoną i lustro. Tutaj zadbano o szczegóły, podobnie jak nieopodal, gdzie stoi namiot, przykryte dokładnie krzesła, idealnie rozwieszone pranie na sznurku i… miejsce kultu – obrazek Matki Boskiej przyozdobiony bombkami, sztucznymi kwiatkami. – Tutaj nie ma jednak nikogo i dość dawno ktoś opuścił to miejscewnioskuje Justyna sprawdzając temperaturę paleniska na środku.

 Olafa, o którego streetworkerki pytały, nie znalazły w żadnym z miejsc nad Wisłą, ale niespodziewanie natknęły się na niego później na ulicy. Zgodnie z przepisami – w maseczce, spacerował ciągnąc za sobą torbę na kółkach. O wizycie Gosi i Justyny zwyczajnie zapomniał.

Kolejna osoba, która na widok dziewczyn nie kryje ulgi to Jola. Szczupła, piękna kobieta, na której życie odcisnęło swoje piętno, ale trudno nie zauważyć, że ma za sobą artystyczną przeszłość. Zniszczyła ją choroba i cały splot nieszczęśliwych zdarzeń. Jola jest w związku z partnerem, również w kryzysie bezdomności, który ma problem z alkoholem. On wcześniej dostał mieszkanie, złamał zasady i zostało mu ono odebrane. Teraz oboje są w pustostanie i regularnie dochodzi między nimi do kłótni podczas których szukają ratunku u streetworkerki, która musi cierpliwie wysłuchać, pomyśleć nad rozwiązaniem, które nie będzie ingerencją w związek, a sposobem na wyciszenie sytuacji. To wszystko wymaga wielkich umiejętności zarówno negocjacyjnych jak i dyplomatycznych, a przede wszystkim ludzkiego podejścia, bo bez tego nie byłoby zaufania, a to jest podstawą w pracy streetworkera.

Tak właśnie było w przypadku przebywającej na działkach, ciężarnej kobiety z prawego brzegu Wisły, o której dowiedzieli się streetworkerzy.

Podstawą jest zdobycie zaufania i to jest najtrudniejsze, bo ci ludzie z zasady są nieufni. Przekonanie ich do siebie wymaga dużo czasu i pracy. Ta kobieta nie chciała słyszeć o tym, że ma rodzić w szpitalu i nie dopuszczała do siebie myśli o tym, że ma dbać o siebie i dziecko, które nosi w sobie – miałam wrażenie, że dla niej to brzmiało abstrakcyjnie opowiada Justyna.

Przez kilka tygodni streetworkerki Towarzystwa Pomocy im. Świętego Brata Alberta chodziły do pani niemal codziennie, rozmawiały, tłumaczyły. To była bardzo ciężka praca – skoordynowanie działań  organizacji pozarządowych w ramach projektu “Warszawski Streetworking i Poradnictwo -program socjalno-pomocowy na rzecz osób w kryzysie bezdomności ” (Stowarzyszenie Pomocy i Interwencji Społecznej, Towarzystwo Pomocy im. św. Brata Alberta Koło Warszawa-Praga, Stowarzyszenie Otwarte Drzwi, Monar, Caritas Archidiecezji Warszawskiej, Mokotowskie Hospicjum Świętego Krzyża). Do tego jeszcze Ośrodek Pomocy Społecznej, Straż Miejska, kurator i Ambulans z Serca karetka dla bezdomnych.

Finał tej historii jest szczęśliwy. Kiedy mama zaczęła rodzić, wezwała karetkę i maluch przyszedł na świat w szpitalu. Kobieta zrzekła się do niego praw, dziecko już ma nową rodzinę, procedury przebiegły bardzo sprawnie.

Dzięki zaangażowaniu streetworkerów i ich wielkiemu sercu, udało się uniknąć tragedii takiej jak chociażby ta, dwa lata temu, kiedy znaleziono noworodka na ogródkach działkowych. Finał tamtej historii: dzisiaj maluch jest zdrowy w rodzinie zastępczej, jego ojciec nie żyje, a matka siedzi w zakładzie karnym. Wtedy się nie udało…

Imiona bohaterów zostały zmienione