Bazar z żoną w tle

– Witam panie Kazimierzu… Okutany w ciepłą kurtkę, w wełnianej czapce nasuniętej na czoło, Eustachy Mordziak trwał przy swoim straganie z damską bielizną mimo mrozu. Kazimierz Główka był szczerze ucieszony, gdy go zobaczył, gdyż plac targowy na świeżym powietrzu był widocznie przerzedzony.

– Dzielny z pana kupiec panie Eustachy. No, no…

– Bo to jest tak, panie Kaziu: jak klientka przychodzi i nie widzi cię na swoim miejscu dzień, dwa, tydzień, to w końcu dochodzi do wniosku, że widocznie tak musi być. Że byłeś, ale już cię nie ma. Wraz ze mną i moim straganem ginie jej przyzwyczajenie, żeby podejść i zobaczyć, czy aby nie ma czegoś nowego do kupienia…

Pan Eustachy mówił ze swadą, jak zwykle… A właściwie nieco bardziej niż zwykle. Pan Główka był doświadczonym człowiekiem i w mig zorientował się, że organizm pana Eustachego musi być na wspomaganiu. Pan Eustachy zresztą też zauważył, że pan Kaziu zauważył, ale bynajmniej niezrażony sytuacją wypalił:

– Właśnie stuknęła mi pięćdziesiątka, panie Kazimierzu. Okazja, jak cholera, niech pan sam powie.

– Jasne! Jak to mówią – życie zaczyna się po pięćdziesiątce!

– A jeszcze fajniej jest po setce!

– No, tak. Pewnie tak. Ja to powiem panu, przez te prochy, którymi doktorzy mnie faszerują, zapomniałem już nawet jak to jest po kusztyczku…

– Jak już tak sobie rozmawiamy – to pan słyszał:

– Wodociągi?

– Tak.

– Z kranu płynie woda!

– A co ma płynąć?

– Sądząc po rachunku, co najmniej burbon!!!

Dowcip szczerze rozbawił pana Kazimierza, aliści po chwili obaj panowie doszli do wniosku, że to jest taki trochę śmiech przez łzy.

– Fakt, faktem – taniej nie jest. Ledwośmy uniknęli droższego prądu.

– Ale mówią, że co się odwlecze, to nie uciecze… Oby się mylili. Ten nowy prezydent Warszawy już coś gada, że miasto dostaje droższe faktury za prąd dla tramwajów i takie tam różne. No to, jak podrożeje prąd dla miasta, to kto za to zapłaci?

– A może nie będzie tak źle? Przecież nie robiliby z gęby cholewy! A wszem i wobec ogłosili, że podwyżek prądu nie będzie.

– No głosili, głosili. Ale muszę się panu przyznać, panie Eustachy, że trochę się dziwię tym entuzjastom. Coś mi w głębi duszy podpowiada, że to nie może się dobrze skończyć. Dla nas, znaczy się, zwykłych zjadaczy chleba. Co to mało mieliśmy czarodziejów, którzy obiecywali gruszki na wierzbie?

Eustachy, który już od kilku chwil nie nadążał za myślami pana Kazimierza, czknąwszy nieco, zapytał znienacka:

– Że niby jak? Tak detalicznie, to o co się rozchodzi? Ludzie kasę mają? Mają. A ostatecznie, panie Kaziu kochany, człowiek nie żyje po to, żeby jeść, ale je po to, żeby nie pić na pusty żołądek, jak to mówią.

– Skoro tak się pana dowcipy trzymają, to i ja mam jeden na podorędziu. Że tak powiem a propos. To jest pytanie do facetów, którzy ożenili się po raz drugi: – Czego nie zrozumieliście za pierwszym razem?

– Oj tam, oj tam. Człowiek próbuje aż do skutku. Tak to już jest. Na uczucie nie ma rady. Chodzi, panie Kaziu, o ten gorąc w skroniach, o to gardło ściśnięte, o bicie serca przyspieszone. O uczucia właśnie, znaczy się.

– Jak w tej naszej kawiarni w nowej galerii. Siedzą sobie dwa gołąbeczki i gruchają. Słyszę, jak on do niej mówi:

– Powiedz mi coś, co przyspieszy bicie mojego serca.

– Twoja żona właśnie weszła…

Szaser

Szaser