Po drugiej stronie głowy

– Dzień dobry, pani psorko!…

Pan Kazimierz Główka, stojąc obok, milcząco podziwiał jak jego kolega, Eustachy Mordziak – kupiec bieliźniany z pl. Szembeka, szarmancko zachowuje się wobec jakiejś starszej pani.

– Polecam tą koszulkę. Czysta bawełna – samo zdrowie. Śpi się w niej bosko!

– Mówi się „tę”, a nie „tą”, Eustachy. „Tę” używamy w bierniku, a „tą” w narzędniku…

– Oj tam, oj tam. Naprawdę polecam.

Starsza pani dała się w końcu skusić. Zapłaciła 10 zł i poszła. Gdy zniknęła w tłumie pan Eustachy wyłożył następną, taką samą i przypiął cenę – 25 zł.

– Panie Eustachy, nic nie rozumiem, ale czuję, że przypadkiem byłem świadkiem czegoś ważnego. Kim była ta pani?

– To moja „pani profesor”. Od „polaka”.

– Musi pan ją lubić do dziś.

– Wie pan, jak to jest… Krzywdy mi nigdy nie zrobiła, do „Pana Tadeusza” nie ciągnęło mnie za bardzo, a ona to tolerowała. Przepchnęła mnie jakoś przez powszechniaka. Pamiętam, ciągle nam tłumaczyła: nie każdy musi być tym… no, Einsteinem, ale każdy powinien być porządnym człowiekiem. Lubiliśmy ją.

– Ciągle uczy?

– Sam pan słyszał, panie Kaziu. Ale tak zawodowo, to już nie. Dawno na emeryturze. Tylko, co to za emerytura? Pożal się Boże…

– Pensje też nietęgie. Widzi pan, co się dzieje?

– No, tak. Wesoło nie jest.

– Wszystkim forsę dają, nawet świniom i krowom, a nauczycielom kapią, jak z łaski. To się wkurzyli. A jeszcze jak im „Becia” tłumaczy, że nie dadzą, bo nie mają, to ich szlag trafia.

– Dlaczego?

– Bo ona zarabia miesięcznie z osiem razy tyle, co oni, dlatego. Dla niej jest, a dla nich nie ma.

– Ale ludzi jakoś to nie rusza.

– Wie pan – święta za pasem, każdy zalatany, każdy pilnuje swego. Zresztą jest różnie, powiem panu. Jedni ich popierają, inni nie.

– U nas na bazarze, to raczej ludziom obojętne jest.

– Może dlatego, że większość nie ma dobrych wspomnień ze szkoły. Ten dowcip pan zna:

– Jasiu jak się czujesz w szkole? – pyta mama.

– Jak na komisariacie! Ciągle mnie pytają, a ja o niczym nie wiem.

– No, też tak miałem! Ale powiem panu, że i policja stara się wychowywać. Sam widziałem nie raz, jak podczas różnych festynów samochody policyjne wystawiają i dzieciaki mogą wszędzie wejść, wszystkiego dotknąć. Fajna sprawa. Jak taki małolat wsiądzie do „suki”, jak go śliczna pani policjantka zamknie w klatce dla „aresztantów”, to w dorosłym życiu jest już obyty, wie, co i jak.

– Człowiek uczy się całe życie, fakt. Ale w handlu, to raczej inne umiejętności, panie Kaziu, są potrzebne niż żeby wiedzieć, kiedy użyć „tę”, a kiedy „tą”. Niekoniecznie trzeba się naczytać, za to trzeba się napracować. Jak ktoś pracuje, to ma. Tu ludzie, panie, mercedesy mają, na wczasy zagraniczne jeżdżą rok w rok.

– Właściwie to ma pan rację panie Eustachy. Co taki nauczyciel ma z tego, że wie, co to jest trzynastozgłoskowiec? Trzeba z żywymi naprzód iść.

– O, to pan dobrze mówi…

– Nie ja. Niejaki Asnyk.

– A to nie znam.

– Ale to może pan zna:

Dwaj nauczyciele, młody i stary idą razem na lekcję. Młody – teka wypchana książkami, stosy kserówek pod pachami, dziennik w zębach. Stary na luzaku, niesie tylko klucz od sali.

Młody mówi z podziwem:

– No, no, po tylu latach, to pan ma wszystko w głowie?

– Nie synu, nie w głowie…

Szaser