Codzienność

Na „Szembeku” było jakoś smętnie. Towaru pełno, wszystko świeże, ale ludzi mało. Kupcy od drugiej w nocy w hurtowni towar przebierają, żeby świeżyznę przywieźć, a tymczasem klientów jak na lekarstwo. Pan Kazimierz Główka, emeryt, zrobił drobne zakupy i jak zwykle poszedł w stronę straganu swojego kolegi, Eustachego Mordziaka, kupca bieliźnianego.

– Witam, witam. Co tak pusto dziś, panie Eustachy?

– E, normalnie. Jak po długim weekendzie.

– Na zdrowy rozum, to ludzi powinno być więcej.

– Nie powiedziałbym. Przecież na wolne dni każdy zaopatrzył się aż w nadmiarze. To teraz dojadają, żeby się nie zmarnowało. Nikt niczego nie kupi, zanim nie spałaszuje tego, co ma.

– Faktycznie, ma pan rację. Nawet ja, o – parę jajek kupiłem tylko, truskawki i ćwiarteczkę.

– Pan? Ćwiarteczkę? To święto jakieś chyba?

– Ćwiarteczkę arbuza.

– A ja już myślałem, że pan na łono narodu wraca, panie Kaziu.

– Chętnie bym wrócił, ale niestety doktorzy mówią: rób pan, jak pan chcesz, ale jeśli gorzała, to my umywamy ręce…

– No tak, gadki z takimi nie ma. Nawet jak się nie znają, to i tak, co człowieka nastraszą, to ich.

– Niech pan sobie wyobrazi, panie Eustachy, że za te truskawki i arbuza zapłaciłem 23 złote.

– Za mało?

– Po cholerze przecież! Zresztą, gdzie się człowiek nie obróci, to drogo. Jeden gość, co to w PO działa, w internecie wyliczył, że cebula zdrożała o 380 proc, kapusta o 800 proc, a ziemniaki o 318 procent.

– Dodaj pan jeszcze pomidory, które niedawno po 19 złotych były…

– Ale tylko malinowe. Zresztą już są po osiem. Też nie tanio, a do tego drobne, między nami mówiąc.

– Tylko powiedz mi pan, panie Kaziu, co my teraz mamy?

– Jak to? Maj. Początek, na dobrą sprawę.

– No to niech pan sięgnie pamięcią w głębsze jej pokłady i powie, kiedy to, o tej porze roku młode pomidory, cebula czy ogórki były tanie? Cena jest sezonowa. Zawsze tak było – nowalijki kosztowały.

– To prawda, ale kartofle rzeczywiście o 300 proc. z górką zdrożały.

– Panie, ale ten platformers zapomniał dodać, że cypryjskie albo marokańskie tyle kosztują! Z importu. Kiedyś ich w ogóle nie było i był spokój, człowiek dojadał rodzime „irysy” z jesieni i też był zadowolony.

– Panie Eustachy, ale pan tak mówi, jak jaka władza. Władzy zawsze wszystko sztymowało, nic nie drożało, a ludziom żyło się dostatniej. Tymczasem nawet te jajogłowe od banków i finansów mówią, że inflacja się ruszyła. Nie wiadomo, jak będzie i czy te dobrodziejstwa, które Pan Prezes przed nami rozsypuje złotym deszczem, bokiem nam nie wyjdą.

– Zależy, które. Bo 500+ na krowę i 100+ świnię, to na pewno nie.

– Dlaczego?

– Bo to lipa jest! Zapytaj pan pierwszego lepszego chłopa, który hodowlą się zajmuje. Ludzie głupie nie są, nie pierwszy rok dopłaty z Unii biorą, z Agencją Rolną mają do czynienia i wiedzą, co i jak.

– Znaczy, co? I jak?

– On obiecuje z przyszłych dopłat! Czyli, one – te dopłaty do krowy – będą po pierwsze za dwa lata, po drugie nie wiadomo, w jakiej wysokości będą, i w ogóle, jak to się dalej wszystko potoczy, bo jesteśmy w Unii podpadnięci nieco.  

– Czyli?

– Czyli gruszki na wierzbie, panie Kaziu.

– Ale, że drogo się robi, to jednak będę się upierał.

– Fakt, faktem. To pan zna:

Sąsiadka żali się sąsiadce: 100 złotych sąd kazał mi zapłacić za to, że tę Kowalską z góry nazwałam „świnia”.

– Popatrz pani – wszystko drożeje. W zeszłym roku za to samo zapłaciłam 50!

Szaser