Co to jest orgazm?

No to znakiem tego, czegoś takiego jeszcze u nas nie było – powiedział pan Kazimierz Główka, emeryt, przycupnąwszy obok straganu z bielizną damską, prowadzonego przez jego kolegę Eustachego Mordziaka. Bazar na pl. Szembeka toczył się leniwie własnym życiem.

– A dokładniej, proszę – zapytał zaciekawiony pan Eustachy.

– No wybory przecież.

– A, faktycznie.

– „How do you do” Brukselo?

– Z Brukseli, to na naszym bazarze tylko brukselkę mamy. Znaczy taką małą kapustę. Kapustkę właściwie.

– Ale dlaczego „brukselka”?

– Bo, to panie Kaziu, coś tam z czymś skrzyżowali w Brukseli właśnie. I to stąd.

– Mówią, że tam bez angielskiego ani w ząb…

– Bez belgijskiego chyba?…

– Nie ma żadnego belgijskiego. Są dwa miejscowe, ale nie do nauczenia przez normalnego człowieka. Dlatego w Unii po angielsku wszyscy szprechają.

– Tusk się nauczył, to i nasi dadzą radę. Dwa-trzy tygodnie i będą nawijać aż miło.

– I ja tak myślę. Tylko – czy to warto?

– Nie rozumiem.

– No, bo to może być jak z tym aktorem – Himilsbachem. Dostał propozycję zagrania w amerykańskim filmie. Producent postawił mu jednak warunek – musi się nauczyć angielskiego. Pan Janek długo rzecz rozważał, w końcu odmówił. Pyta go kolega: – Coś ty frajer? Przecież kasy byś zarobił jak lodu.

– To przez ten angielski, odpowiedział Himilsbach.

– Jak przez angielski?

– Powiedzmy, że ja bym go się nauczył, a reżyser zrezygnowałby z kręcenia filmu. Albo producent miałby inne plany repertuarowe… Na co mi wtedy ten angielski? Zostanę z nim jak… Jak głupek jakiś…

– Faktycznie, jak tak pomyśleć, to warto się zastanowić. Weźmy taki nasz bazar dla przykładu. Tu ludzie, panie Kaziu, całe życie przeżyli i bez angielskiego dali sobie radę. To i nasi wybrańcy przez pięć lat też dadzą. Kadencja dłużej przecież nie trwa. Faktycznie – teraz by zasuwali, koszty ponosili, bo przecież nauka kosztuje, a jak będzie po wszystkim, zostaną z tym angielskim jak Himilsbach…

– Jak już Himilsbacha wspominamy, to czy pan wie, że on swój los złożył swego czasu w ręce pani Kaczyńskiej?

– Tej Kaczyńskiej?

– Tej, tej. Jadwigi. Ona „za komuny” pracowała w Związku Literatów Polskich. I razu pewnego otrzymała odręczny list napisany na kartce wyrwanej z zeszytu: „Proszę o przyjęcie mnie do Związku Literatów. Piszę od jakiegoś czasu podobno nieźle” To właśnie Himilsbach napisał podanie o przyjęcie go do tego związku.

– Patrz pan, jakie to życie jest zaskakujące. Jak ceny nie przymierzając. Tu, panie Kaziu, codziennie widzę samych zaskoczonych. Pietruszka dwie dychy kosztuje – zaskoczeni…

– To jednak sporo jest, przyzna pan.

– Panie Kaziu, co to jest dzisiaj dwie dychy? A poza tym – ile pan tej pietruszki kupuje? Z włoszczyzną chyba tylko. A i to nie codziennie, bo codziennie pan zupy warzywnej ani rosołu nie gotuje, no nie?

– Powiem panu, panie Eustachy, że podziwiam pana. Pan nigdy rezonu nie traci. To rzadka sztuka, takim bystrym być. 

– E, tam. Różnie bywa. Nie raz i mnie się zdarzyło.

– Tak? W jakich okolicznościach?

– Jechałem dajmy na to tramwajem z siostrzeńcem mojej Krysi. Awaryjnie odbierałem go z przedszkola, bo rodzice nie mogli. Wsiedliśmy do tramwaju, jedziemy, oglądamy samochody. Nagle on pyta się mnie na cały głos: – Wujek, a co to jest orgazm?

– No i co?

– No i nic – zatkało mnie.

– Pytanie, jak pytanie.

– Tak, ale na odpowiedź czekał cały tramwaj…

Szaser