Cellulit czy silikon?

Gdy Kazimierz Główka podchodził do stoiska, gdzie jego kolega, Eustachy Mordziak, handlował damską bielizną, stojący obok średnio-młody mężczyzna kończył właśnie:

„I oboje płakali na peronie. On jechał w delegację, ona do rodziców na wsi… Jakaż to była niespodzianka, gdy następnego dnia spotkali się na plaży w Międzyzdrojach”…

Pan Eustachy roześmiany od ucha do ucha, aż zakręcił się na pięcie. Lubił żarty. A jak każdy mąż spędzający życie pod pantoflem – osobliwie żarty o żonach i mężach. Spośród nich zaś takie, w których to mężowie są górą.

– Taki gust, panie Kaziu. Chyba mam prawo do swojego gustu, co nie?

– Jasne! Tym bardziej, że to panu kompensuje zapewne różne kompromisy.

– Jakie znowu kompromisy?

– Nie wiem, jakie, ale każdy z nas codziennie przecież idzie na jakieś kompromisy. – Czy nie za słona ta zupa, kochanie? – Nie, w sam raz, kochanie… Odpowiada pan, choć zupa jest przesolona jak diabli. Ale wytrzyma pan, bo jest to umiarkowana cena z spokój w domu… I to jest właśnie kompromis. Coś za coś.

– Znakiem tego, panie Kaziu, małżeństwo, to sztuka dyplomacji jest. Faktycznie – w końcu, jak to mówią, lepszy cellulit w garści niż silikon w telewizji. Tylko, dlaczego, to my mężczyźni musimy wykazywać się poczuciem odpowiedzialności za rodzinę i ustępować dla jej dobra.

– Ale to samo mogą powiedzieć kobiety. I poprą to tysiącem przykładów. Ile żon pijaków znosi cierpliwie swój los? Bo dzieci muszą mieć ojca, bo pije, ale nie przepija…

– Jak która przytomna, to daje dyla… Tylko, że faktycznie – najczęściej dochodzą do wniosku, że na wszystko jest już za późno.

– Z tym, że i tę sytuację można odwrócić dokładnie o 180 stopni. Panie też potrafią być po cholerze… Niedawno taki anons widziałem:

„Pilnie sprzedam garnitur ślubny. Założony tylko raz, przez pomyłkę”.

– Faktycznie, gość musiał być zdeterminowany. Jednak, co by nie mówić, to kobiety jakieś obowiązki mają. O dom dbać na przykład. A nie facet – wraca z pracy, urobiony po pachy, głodny, że aż mu kiszki marsza grają:

– Co na obiad, kochanie?

– Nic.

– Ale wczoraj też nic nie było…

– Zrobiłam na dwa dni…

Można takie coś obrócić w żart – raz i drugi. Można pójść do knajpy. Można wpaść do mamusi… Ale do cholery mężczyzna potrzebuje się najeść we własnym domu. Od czasu do czasu przynajmniej.

– Z doświadczenia życiowego wynika, że różne mogą być takiego stanu rzeczy przyczyny. Lenistwo bywa tylko jedną z nich. Żona może się czuć niedoceniana, na przykład. Niekochana…

– Jak niekochana? Jak niekochana? Który mężczyzna własnej żony by nie kochał? Jak już ją ma, to kocha.

– Może za mało intensywnie, uczuciowo wstrzemięźliwie, że tak powiem, za rzadko – to też możliwe…

– I to ma być zaraz powód, żeby zupy nie ugotować?

– Może nie o gotowanie tylko chodzi, może czynności kuchenne są wtórne, są skutkiem, a nie przyczyną?

– Nie rozumiem. Pan, panie Kaziu, to tak mi nieraz w głowie zakręci, że nie wiem.

– To ja panu na przykładzie wyjaśnię. W młodości miałem kolegę. Przystojny za bardzo nie był, ale, jak to mówią, do kobit fajną nawijkę miał. W zasadzie potrafił każdą zbajerować. I jak mi o tych swoich podbojach opowiadał, to zawsze mówił:

– Nie cierpię oglądać kłótni małżeńskich. Mogliby przynajmniej poczekać, aż się ubiorę i wyjdę…

– Widzisz pan, panie Kaziu!…Takie buty…

– A tak! Życie nie zna próżni. Ale a propos butów – żona do męża:

– Kochanie, chciałabym założyć na plażę coś takiego, żeby nikt nie mógł oderwać ode mnie wzroku… Co mi radzisz?

– Załóż łyżwy…

Szaser