Ten dzień

Pan Kazimierz Główka, zawsze z radością witający się ze swoim kolegą, Eustachym Mordziakiem, kupcem bieliźnianym na pl. Szembeka, tym razem też niby się uśmiechał, ale jakby przez mgłę skrywanego gdzieś na dnie smutku.

– Stało się coś, panie Kaziu? Markotny pan…

– E, nie. Zdaje się panu.

– Mnie się nie zdaje, ja to wiem.

– Czytał pan, że mimo tych wszystkich frykasów, które rząd rozdaje na lewo i prawo, coraz więcej ubóstwa mamy wokół siebie?

– Ja nie muszę panie Kaziu czytać, ja to widzę na co dzień. – Ludzie to jeszcze próbują obrócić w żart, ale i sarkają coraz częściej.

– Żart? Tylko patrzeć, jak żarty się skończą…

– Wie pan, nie mogę tej babci sprzed oczu odpędzić. Ciągle jakbym ją miał pod powiekami.

– Jakiej babci?

– Podeszła do mięsnego. Bez kolejki, ale nikt nic nie powiedział.

– Ja tylko chciałam o coś zapytać – odezwała się spokojnym głosem, jakby się usprawiedliwiała… – Czy to gulaszowe nadaje się, żeby kotlecika sobie usmażyć?

– Jak najbardziej.

– To ja poproszę ten kawałek…

Pokazała, który. Nie za duży. Włożyła pakunek do siatki, wsparła się na kuli i odeszła tak cicho, jak się pojawiała…

– Mój Boże, pomyślałem sobie, patrzysz i nie grzmisz…

Nagle uświadomiłem sobie, że tego dnia wręcz potykam się o ludzi starszych i starych, często z trudem poruszających się o kulach lub już całkiem na wózku popychanym przez kogoś prawie tak samo starego. Może przez siostrę, która szczęśliwie nadal żyje, może przez męża, który ma jeszcze trochę siły. Pełno też było wokół nieco bardziej samodzielnych, ale nie na tyle, żeby w rękach dźwigać zakupy. Prawie każdy ciągnie więc za sobą polski wynalazek na skalę światową – siatę na kółkach… Duża torba przymocowana do rączki z kółkami pozwala kupić dużo i nie upaść pod ciężarem. Te torby zresztą nigdy nie są wypełnione po brzegi, chyba że pani lub pan robią zakupy nie tylko dla siebie, ale i dla kogoś już całkiem niedołężnego.

Wreszcie domyśliłem się, dlaczego tyle starych ludzi jednego dnia przyszło na bazar. To był czas wypłaty emerytur i rent. Przypływ kilkusetzłotowej gotówki pozwolił starym ludziom jeszcze raz wyjść ze swych portów, w których zacumowało ich życie.

– Chyba, panie Kaziu, chodzi o coś jeszcze – o potrzebę „bycia między ludźmi”, tak myślę. Ile można siedzieć w domu i patrzeć w telewizor albo oglądać ulicę z okna. Starych ludzi ciągnie do ludzi… Jakby chcieli zawołać na głos: TU JESTEM! Ja, panie Kaziu codziennie oglądam stare kobiety. I jakbym widział, jak one starannie szykują się na takie wyjście – niczym kiedyś na potańcówkę z kawalerem. W ruch idzie puder, tusz, szminka, lokówki, z szafy wychodzi ulubiona sukienka, która z mody wyszła już dawno. Stare kobiety łapią łapczywie uciekający czas. I wychodzą… niechby i na bazar, ale żeby choć trochę pobyć w tłumie. Choć w ten sposób ożywią wspomnienia, kiedy zgrabne, powabne i młode płynęły w powietrzu u boku swych mężczyzn, nie dotykając ziemi…

Po czym wracają do swych pustych ścian obwieszonych starymi fotografiami, na których ona i on uśmiechnięci cieszyli się życiem, które zdawało się nie mieć końca. Smażą ten swój kotlecik z gulaszowego i popijając herbatkę uśmiechają się przez łzy do starego żartu, który dawno, dawno temu opowiadał mąż, a który nie wiedzieć czemu przyplątał się nagłym wspomnieniem:

– Pana żona twierdzi, że pan nigdy nie kupuje jej kwiatów.

– Szczerze mówiąc, pierwszy raz słyszę, że żona sprzedaje kwiaty…

Szaser